wtorek, 23 lutego 2016

Różności

Im więcej wolnego czasu człowiek ma, tym więcej go traci na niczym. Ot, zwykłe dreptanie od jednej chwilki do drugiej. Nic spektakularnego. Z drugiej strony, czyż do takich chwil wyczyszczonych z terminowych konieczności, nie tęsknimy gdy tak gnamy, gnamy co tchu każdego innego dnia? Wypełnionego po brzegi obowiązkami, które to mus zrobić na czas? Więc nie ma co lać łez nad zmarnowanym czasem, bo przecież zmarnowany tak do końca nie jest.
Potrzebny jest taki restart.
Leniwe godziny rozciągnięte pomiędzy porannym odsłonięciem rolety w sypialni, a ciszą wieczoru rozrywaną pomrukiem ognia w kominku. Przesiąknięte zapachem kawy, smakujące kęsem pieczonego chleba z… powiedzmy pastą z awokado. Kilka rozdziałów książki – wreszcie naprawdę można nadrobić zaległości czytelnicze. Ponowna czystka w garderobie, aby rozstać się z ostatnimi partiami za dużych ubrań – paszły! a kysz! won! Czas na cudowne spotkanie z przyjaciółmi. Do nocy, a właściwie prawie świtu. Wizyta u znajomych, którzy niedawno wprowadzili się do swojego przepięknego, wymarzonego domu. Przy okazji przekonałam się, że i mnie zdarza się zawalić coś w kuchni. Nie tak dawno opluwałam (niemalże) przepis na fasolowe brownie (dietetyczne ciasto z czerwonej fasoli z bananami, daktylami). Koleżanka upiekła z prawie takiego samego przepisu i wyszło pyszne :) W czym zawaliłam? Muszę dojść – może to wina mojego niezbyt wydajnego blendera? W każdym razie fasolowe brownie uprzejmie przepraszam, że je tutaj publicznie i niesłusznie oczerniłam ;)
Od kilku miesięcy przymierzamy się na poważnie do wakacyjnych planów. Prawdę mówiąc Marko się przymierza, ja pewnie zaakceptuję jego wybór, o ile oczywiście zamknie się w zarysowanym ogólnie planie: kierunek – południowa Bułgaria, z dala od złotych kurortów, kameralny pensjonat koniecznie z tarasem, na którym będzie można jeść śniadanie o poranku i słuchać szumiącego Morza Czarnego wieczorami. Schłodzone bułgarskie wino (mam nadzieję, że białe też mają dobre), mrożona kawa, soczyste owoce, bułgarska szopska sałatka, dotyk słońca i morskich fal na ramionach…
Już nie mogę się doczekać! Szczególnie, że za oknami nijaka, bura zima bez śniegu, z mżącym deszczykiem, wiatrem. Brrr…

3 komentarze:

  1. jaki ciepły wpis...
    Rozmarzyła mnie ta Bułgaria, aż mrużę oczy, wyobrażając sobie to wszystko, o czym napisałaś...
    Mam nadzieję, że wiosna już bliżej. Mnie cieszy światło, którego więcej w pejzażu, przyjemniej wstawać do pracy. Wydaje mi się, że moje ferie były tak dawno :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Aż ciekawa jestem Waszej wyprawy. Napiszesz o podrózy, niepradważ?

    OdpowiedzUsuń
  3. Oczywiście Dorotko, choć nie ukrywam, że głównie chodzi nam o wypoczynek nad ciepłym morzem, a w obecnej sytuacji politycznej w Europie trudno zdecydować się na jakiś bezpieczny kierunek :(
    Nie mniej na pewno nie tylko Morze Czarne w Bułgarii jest warte podróży :D

    OdpowiedzUsuń