czwartek, 31 marca 2016

Przeciwności natury i rzeczy nieożywionych

Boćki - sąsiady, jeszcze do nas nie dotarły. Gdzie jesteście kochane ptaszyska czerwonodziobe? Mam nadzieję, że nie przydarzyło się wam nic złego w drodze powrotnej do Polski... Wracajcie, tęsknię!

Służbowa drukarka się zbiesiła i odmówiła współpracy. Dostałam tymczasową, jakąś wysłużoną staruszkę, która 7 kopert do zaproszeń drukowała – TAAADAM! – 27 minut. Autentycznie! Przysięgam, że nie naginam! I weź tu szefowi wytłumacz, że sieniedasie pilnie, pilnie, już, JUŻ!
Co chwilę ktoś w pracy dokłada mi coś na pilnie, a ja to odkładam na brzeg biureczka rzeczy niepilne. I teraz stało się tak, że ten stosik niepilny urósł do sporych rozmiarów. Pilnie prosi się o likwidację. Ech!

Poniedziałek Wielkanocny, popularnie zwany "lanym", dał nam nauczkę. Otóż taką, że tradycję kochać trzeba, szanować i kultywować, bo jak nie, to:
Tak jakoś się wydarzyło, że z rana nie było rodzinnego polewania. Dzieciory już dorosłe, weny nie było, polewania śmigusdyngusowego nie było. Wieczorem poszliśmy dość wcześnie spać (my - czyli rodzice i babcia sztuk jedna), a młodsze pokolenie zasiadło do peesów i takich tam. Za dwadzieścia dwunasta w nocy przybiega do nas Jędrek:
- Coś się stało w gospodarczym!
Lecimy na łeb na szyję do gospo, razem z nami rozbudzony kot, wszak w gospo stoi kiciowa kuwetka. A tam regularna fontanna. Zrobiła się nie wiedzieć czemu, malusia dziureczka w rurze powyżej zaworu, który mógłby odciąć wodę i problem z głowy. Dziureczka taka jak łepeczek szpilki. A sikało z mocą sikawki straży pożarnej. W żaden sposób nie dało się tego zatamować. Zakręcić kurka czy cuś, no niefortunna awaria w niefortunnym miejscu i w niefortunnym czasie: niemalże środek nocy kończącego się, świątecznego dnia.

Pomysły na ratunek były różne: zatkać dziurę  kciukiem, plasteliną, poxiliną, taśmą izolacyjną - hehe. Na zmianę trzymaliśmy wiaderko, w które łapaliśmy bijącą radosnym strumieniem wodę. W końcu ktoś wpadł na pomysł, aby dzwonić na Pogotowie Wod-Kan. O dzięki ci Internecie, że wiesz wszystko, bo nie wiem skąd wzięlibyśmy numer telefonu. W pół godziny panowie fachowcy hydraulicy przyjechali, zakręcili zawór główny w drodze, przed wjazdem na naszą posesję, obiecali przyjechać rankiem, aby wymienić rurkę z dziurką malusią, a jednak kłopotliwą. Kiedy emocje opadły, Jędrek rzekł:
- Nie chcę sprzedawać suchara w środku nocy, ale: NO TO MIELIŚMY lany poniedziałek.
Ano właśnie. Olaliśmy tradycję, to tradycja przyszła do nas sama i nas (p)olała.

1 komentarz:

  1. A do nas bocianki dotarły! Znaczy jeden ;) Gniazdo już wysprzątane, dziury pozalepiane, czekamy na resztę pary :)

    OdpowiedzUsuń