piątek, 29 kwietnia 2016

Od łykendu do łykendu

Uf. Ostatni tydzień to był tak rozpędzony, że nie wyrabiałam na zakrętach i nie ogarniałam kuwetki, bo nie było wiadomo za co się złapać, aby utrzymać pion i jako taki porządek spraw codziennych. Padałam nAtwarz każdego dnia. Z cudownego, rozleniwionego łykendu nad Narwią, spędzonego w gronie przyjaciół i znajomych w Pułtusku, wskoczyłam w rozkręcony do granic możliwości tydzień służbowych zobowiązań, imprez zawodowych, spraw na szybko, szybko już, już. Ale dzisiaj koniec. Dzisiaj rozpoczyna się WIELKA MAJÓWKA, i cóż że w kwietniu!

A w Pułtusku było tak:

Jechaliśmy sobie z Mareckim tempem dostojnym, nie spiesząc się, no bo przecież jedziemy się relaksować. Poza tym jechaliśmy w rozpoczynający się poprzedni łykend, który to też rozpoczynała cała Warsiawa. Także ten: my z prowincji na Warsiawę, Warsiawa z Warsiawy na prowincję, korki były. Ale już za Warsiawą, późnym wieczorem, drogę oświetlał nam księżyc w pełni, a że akurat jechaliśmy brzegiem Zalewu Zegrzyńskiego, to się zrobiło tak mocniej romantycznie. W rzeczonym Pułtusku kwaterowaliśmy w pensjonaciku nad Narwią. To fajna rzeka jest. Taka wolniutka, płynąca swoim spokojnym nurtem, mająca w najgłębszych głębinach cały ten zabiegany świat. Nad Narwią piliśmy kawę, puszczaliśmy mydlane bańki, podglądaliśmy randkujące łabędzie, płonęło ognicho, darliśmy japy, w sensie, że śpiewaliśmy piosenki przy gitarze, jak to przy ognichu się zwykło czynić i cudnie było, że ach i och. Spoglądały na nas rozsiane wszędzie żółte mniszki, tulipany i kwitnące krzewy magnolii. Z przemiłą panią przewodnik przegalopowaliśmy po atrakcjach miasteczka, z akcentem na najdłuższy rynek w Europie, Wiktora Gomulickiego („Nad błękitną moją Narwią najpiękniej się łąki barwią...”), Napoleona (Bitwa pod Pułtuskiem 1806), Klenczona (tutaj urodzony, bulwar i amfiteatr swego imienia posiadający) i oczywiście serialowego Stanisława Anioła, Kierownika Wydziału Kultury w Pułtusku, zanim go awansowali na gospodarza domu warsiawskiego bloku przy ulicy Alternatywy 4.

A teraz sobie to wszystko trzeba odespać. Więc plan na sobotę mam taki: spać, a później spoglądać w niebo, dmuchać na ewentualne chmury, aby nie padało. Bo już wieczorem przybywa do nas tabun ludzi, i znowu będzie ognicho i fajny czas przy blasku świec.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz