niedziela, 29 maja 2016

Na kajakach fajnie jest, można sobie pogadać

Spędziliśmy cudowny dzień na kajakach. Nasza rzeka, tuż przed ujściem do Wisły, pięknie meandruje, ma uroczo ukształtowane brzegi, a lekko błotniste mini plaże nie zniechęcają amatorów natury. Wodujemy kilkanaście kilometrów od naszej miejscowości, pod jednym z mostów, a metę osiągamy po około 5-6 godzinach kilkaset metrów od naszego domu. Płyniemy całkiem niespiesznie. A tak naprawdę to uwielbiamy ze znajomymi połączyć wiosłami 3-4 kajaki i dryfować z wolnym nurtem rzeki. Rozmawiamy, podziwiamy przesuwającą się przed naszymi oczami przyrodę. Słuchamy śpiewu ptaków. Cieszymy się chwilą.

- A wiecie – mówi kolega Daro – ja ostatnio oglądałem taki program na temat subiektywnego odczuwania upływu czasu. Czas szybciej płynie ludziom, którzy nie potrafią czerpać radości z celebrowania chwili. Mówiąc prościej to słynne „TU i TERAZ” się kłania. Jeśli wciąż będziesz tylko żył tym co przed tobą, albo rozpamiętywał tym co za tobą, to zabraknie ci czasu na przeżywanie tego czego doświadczasz każdego dnia. Niby to wiedziałem - snuł Daro, sprawdzając czy na zatopiony przez niego woblerek, nie połakomiła się jakaś wieprzańska rybka - ale jak tak usłyszałem od kogoś innego, to inaczej do człowieka trafia.
- No tak, gnamy za nie wiadomo czym, nie dostrzegamy tego co mamy teraz – westchnęła Beatka leniwie kierując twarz ku słońcu i licząc pod nosem ile razy zakukała kukułka.

I tak mniej więcej w tym klimacie sobie gawędziliśmy, z przerwami na ploteczki i dzielenie się planami wakacyjnymi – no bo przecież wakacje już, już pukają do drzwi o czym wszem i wobec zawiadamia kwitnąca i obłędnie pachnąca akacja.
Oddychaliśmy tą chwilą, którą udało się nam spędzić wspólnie, choć na co dzień nie wszyscy znajdujemy dla siebie czas. Mniej więcej po pokonaniu 2/3 trasy zacumowaliśmy na dłużej w niewielkiej wiosce, gdzie część z nas leniuchowała w cieniu wierzb, a reszta podreptała do wiejskiego sklepiku po lody. Nasza grupa liczyła 14 kajaków, w każdym po dwie osoby, więc utarg pan sklepikarz miał nie byle jaki. Szczególnie, że panowie oprócz lodów, uzupełnili zapas zimnego piwka :)
Pogoda dopisała, słońce spaliło nam ręce i nogi, większość kajakowiczów zaliczyła pierwszą kąpiel w tym roku - o dziwo woda w rzece nie była wcale przejmująco zimna. Raczej rześka.
A po dopłynięciu do brzegu, załadowaniu kajaków na samochód transportowy, przyszedł czas na wspólne grillowanie do wieczornego kumkania żab i pierwszych dziabnięć komarów - ała!
Poproszę o więcej takich cudownych dni :)









sobota, 21 maja 2016

Bosko jest

Sobotnie popołudnie i wieczór mam tylko dla siebie. Chłopaki wybyli na mecz pobliskiej drużyny trzecioligowej – trzeba wspierać „naszych”.

Siedzimy z Fafciem na tarasie i podglądamy jak kroczy wolnym krokiem wiosna wokół naszego domku.
Sprawdzamy jak radzą sobie kwiaty w doniczkach.



I zerkamy w gęsty las szczypiorku, dostrzegając, niby wyrwane dopiero co, chwaściorki.


Liczymy ile jabłek urodzi młoda jabłonka i szukamy pączków w krzewie pnącej róży, ponoć angielskiej.


Bożonarodzeniowe choinki doskonale radzą sobie w ogrodzie, jeszcze rok, może dwa i niektóre z nich będzie można dekorować na zewnątrz. Tamaryszek solennie obiecuje, że wyrośnie na duży, rozłożysty i zawsze kwitnący krzew.


Nasze tuje bujają w obłokach, a ogrodowy strażnik, którego wyrzeźbił Marko (nazwany nie wiedzieć czemu Gaudenty) strzeże ogniska przy starym konarze ściętego kiedyś wiązu.


 Bez wlazł w tuję, a obydwoje razem w moją ogrodową suszarnię na pranie.


Ciepły wiatr kołysze okoliczne olchy, wierzby, wiązy i gosine modrzewie, tworząc jakby od niechcenia cudownie kojącą muzykę. Dołączają się ptaki, klekocze bocian, gdzieś w dali zaczyna wydzierać się kukułka i zaczynają grać świerszcze.
Jeszcze tylko rzucimy okiem na wędrujący północnym ogrodzeniem dziki chmiel, pierwsze, niemrawe kwiaty wiciokrzewu i zaraz chwytam książkę, Faf dostanie michę i chwilo trwaj!


Czy mówiłam, że kocham to miejsce? Ach..., że już nie raz? Trudno, dobrych chwil i emocji nigdy za wiele.


czwartek, 19 maja 2016

Wawelski, ot co!


Maj jaki jest każdy widzi i czuje. Zimny. Przedwczoraj Marko włączył na jakiś czas ogrzewanie – w drugiej połowie maja! Kominka nie chciało się nam odpalać, bo po zimowym kotłowaniu już wyczyszczony na czas letniego odpoczynku. W warzywniku tylko rukola rozszalała się na całego i od dawna wcinamy tę swoją, ogródkową. Reszta wschodzi niemrawo, chociaż szczypiorek i owszem, goni rukolę dzielnie. 
W pracy fajnie tworzy się mini spektaklik o Smoku Wawelskim. Oczywiście poprzerabiany, bo tam gdzie jedziemy (ośrodek dla dzieci z upośledzeniem w stopniu umiarkowanym), staram się dzieci nie straszyć (nawet Czerwonego Kapturka wilk nigdy nie zjada), więc Dratewka grzecznie poprosi Smoka o to, aby raczył się był wynieść z grodu Kraka. Smok wzięty z zaskoczenia (no bo dotychczas to go rycerze na miecze, na włócznie!) potulnie pójdzie w siną dal. Żadne tam faszerowanie Smoka baranami nadzianymi siarką.
- Sorko, ale Króla Kraka gram ja, bo ja jestem z Krakowa – czy na taki argument można znaleźć kontr?
- A dlaczego Olka znowu gra królewnę? Ja też bym chciała – denerwuje się Karolka, która faktycznie ma urodę jak najpiękniejsza księżniczka z najpiękniejszej bajki!
- Bo ja mam taki głos, że tylko na królewnę się nadaję – rzecze Olka i ma rację. Karolka lubi wyzwania, więc nie stroiła gwiazdorskich fochów, postanowiła wykreować takiego rycerza, że hoho!
Za to Smoka i Dratewkę mamy takich, że profesjonalna scena by się nie powstydziła. Będzie fajnie, już jest kupa zabawy podczas prób. Bardzo to lubię, kiedy widzę, że nic nie idzie na siłę, że się fajnie tworzy, jest zaangażowanie, są pomysły, jest power, super jest!

sobota, 14 maja 2016

Bardzo Ważne Coś

Bycie pracownikiem z jakimś tam stażem pracy, z bagażem sukcesików, ale i porażek, z których jednakże potrafiło się wyciągnąć konstruktywne wnioski, ma plusy. Otóż w sobotę wieczorem jest ważne służbowe COŚ. Zwykle na takich Ważnych Służbowych Cosiach bywam, ale tym razem nie pasuje mi i już. Głównie dlatego, że Ważne Coś rozpoczyna się o godz. 20.00, a ja pracuję tego dnia od 7.00 do 19.00 (w sobotę!). Po 19.00 zaś zaplanowałam uszczknąć kawałek zapracowanego łykendu dla siebie, Marka i przyjaciół, i...
- Przepraszam Szefie, ale mnie nie będzie, nie mogę.
I Szef nawet nie mrugnął krzywo oczkiem, nic, a nic, bo dobrze wie, że moja cegiełka, za którą byłam odpowiedzialna w Służbowym Ważnym Cosiu, została przeze mnie doskonale zakotwiczona w murze, który tworzy całe Ważne Coś i moja obecność nie jest niezbędna.
No chyba, że jednakże mi się zdaje ;) Choć nie sądzę.
A poza tym – akurat chwilowo mało mnie to obchodzi. Wieczór spędzę na Bardzo Ważnym Grillu u znajomych, i jedyne moje zmartwienie to pogoda. Bo wiosna śliczna, ale kapryśna, w dodatku teraz to już chyba ogrodnicy dają o sobie znać i leją z pochmurnego nieba zimną wodą!

czwartek, 12 maja 2016

No chyba, że...

Buszuję w swojej gromadzonej przez lata biblioteczce scenariuszy i tekstów, grzebię w segregatorach, wycinkach, notatkach odręcznych onegdaj czynionych, folderach w kompie i oczywiście bezkresach internetów w poszukiwaniu inspiracji na dzień dzieciora. Jak zwykle muszę przygotować jakieś przedstawienie dla dzieciaczków z zaprzyjaźnionych placówek i chwilowo weny brak. Na moją młodzież artystyczną na tym etapie nie ma co liczyć:
- Oj sooorko, co tam sorka wymyśli będzie super.
Tak, oni lubią się włączać na bardziej zaawansowanym etapie prac nad przedstawieniem – a najchętniej jakby tak od razu: myk na premierę i oklaski.
Także tyle w temacie kreatywności nastolatków.
Zresztą wcale mnie to nie dziwi. W końcu mam w domu swojego „prywatnego” nastolatka i doskonale wiem, że percepcję i kreatywność to on ma ukierunkowane nie koniecznie tam, gdzie ja bym chciała lub sugerowała. Szczególnie wiosną, gdy w głowie maj i takie tam.
W sumie... fajnie im. Mieć zmartwienie tylko takie, że jutro jakieś głupie zadanie z matmy, coś tam z gegry i „ta małpa” z polaka może zapytać ;) A w ostateczności i tak na wagary mogą sobie pójść. Ewentualnie jaki tiszert wdziać na grzbiet.
Nie wiedzieć, że rachunek za prąd przyszedł dziwny, hamulce w samochodzie się były skończyły i trzeba pogrzebać w odmętach konta osobistego, i być może naruszyć oszczędności, ech. 
I nawet nie ma co szukać pocieszenia w nadchodzącym majówkowym malutkim łykendziku, bo spędzę go w połowie w pracy.
No chyba, że uszczknę jakiś wieczór na tarasie z rechotem żabek w tle i kukułką, co kuka jak najęta.
Złapię słońce za ostatni, zachodzący promyk. Podwieszę na rogaliku księżyca, by pobujać się na nim niczym na huśtawce, wysoko, do samego nieba.
No chyba, że...


poniedziałek, 9 maja 2016

Maj i mięta

Pewnie co roku powtarzam, że kocham maj. Ale któż nie kocha! Któż nie ulega jego zielonej, kwiecistej, ptasiej magii? Jestem w stanie sobie wyobrazić, że kiedyś, kiedyś pod niewielką dziś jabłonką będę siedziała w wiklinowym fotelu. A jej gałęzie wiosną będą całe w biało-różowych kwiatach, by jesienią uginać się od ciężaru jabłek. Póki co nasza jabłoneczka to zwiewna małolata, odziana w skromny woal kwiatuszków. W tamtym roku urodziła jedno jabłko, może w tym da radę więcej?



Wraz z pierwszymi dniami maja ożył nasz taras. Uwielbiam pić tu kawę, czytać, i oczywiście klikać na swoim laptopie. Leniwie bujać się na hamaku i spoglądać w żeglujące po niebie obłoki, które od czasu do czasu rozrywają samoloty pasażerskie, podróżujące gdzieś tam w daleki świat. Wieczorem palić świece w lampionach, słuchać rechoczących żab. W budce lęgowej na olszynie wydzierają się małe kosy. Rodzice uwijają się jak mogą, aby wykarmić rozdarte bractwo. Kilka dni poświęciłam na warzywnik i rabatki kwiatowe. Wszystko już zasiane, posadzone. Pal licho zimni ogrodnicy i zimna Zocha! Najwyżej wszystko poprzykrywam i jakoś przetrwają te moje nasionka i sadzonki. Niezłą walkę musiałam stoczyć z miętą. Kiedyś nieświadomie zasadziłam ją właśnie w warzywniku i to był błąd nad błędy. Mięta pieprzowa rozrasta się poprzez kłącza i w jeden sezon potrafi zdominować sporą przestrzeń wokół siebie. Mięta fajna sprawa, ale nie w ilościach hurtowych w przeciętnym gospodarstwie domowym. Więc nawyrywałam tej mięty ze dwa wielkie wiadra i obdzieliłam wszystkich sąsiadów i połowę koleżanek w pracy. Można hodować nawet w doniczkach na balkonie. Jest chociaż szansa, że się nie rozpleni gdzie popadnie.
Natomiast nie miałabym nic przeciwko temu, gdyby z prędkością mięty pełzły po moim ogródku tulipany...