sobota, 21 maja 2016

Bosko jest

Sobotnie popołudnie i wieczór mam tylko dla siebie. Chłopaki wybyli na mecz pobliskiej drużyny trzecioligowej – trzeba wspierać „naszych”.

Siedzimy z Fafciem na tarasie i podglądamy jak kroczy wolnym krokiem wiosna wokół naszego domku.
Sprawdzamy jak radzą sobie kwiaty w doniczkach.



I zerkamy w gęsty las szczypiorku, dostrzegając, niby wyrwane dopiero co, chwaściorki.


Liczymy ile jabłek urodzi młoda jabłonka i szukamy pączków w krzewie pnącej róży, ponoć angielskiej.


Bożonarodzeniowe choinki doskonale radzą sobie w ogrodzie, jeszcze rok, może dwa i niektóre z nich będzie można dekorować na zewnątrz. Tamaryszek solennie obiecuje, że wyrośnie na duży, rozłożysty i zawsze kwitnący krzew.


Nasze tuje bujają w obłokach, a ogrodowy strażnik, którego wyrzeźbił Marko (nazwany nie wiedzieć czemu Gaudenty) strzeże ogniska przy starym konarze ściętego kiedyś wiązu.


 Bez wlazł w tuję, a obydwoje razem w moją ogrodową suszarnię na pranie.


Ciepły wiatr kołysze okoliczne olchy, wierzby, wiązy i gosine modrzewie, tworząc jakby od niechcenia cudownie kojącą muzykę. Dołączają się ptaki, klekocze bocian, gdzieś w dali zaczyna wydzierać się kukułka i zaczynają grać świerszcze.
Jeszcze tylko rzucimy okiem na wędrujący północnym ogrodzeniem dziki chmiel, pierwsze, niemrawe kwiaty wiciokrzewu i zaraz chwytam książkę, Faf dostanie michę i chwilo trwaj!


Czy mówiłam, że kocham to miejsce? Ach..., że już nie raz? Trudno, dobrych chwil i emocji nigdy za wiele.


1 komentarz:

  1. Nie mam co prawda Gaudentego ani Fafika - ale mam swoje miejsce do kochania :) Łączę się w zachwycaniu :)

    OdpowiedzUsuń