poniedziałek, 9 maja 2016

Maj i mięta

Pewnie co roku powtarzam, że kocham maj. Ale któż nie kocha! Któż nie ulega jego zielonej, kwiecistej, ptasiej magii? Jestem w stanie sobie wyobrazić, że kiedyś, kiedyś pod niewielką dziś jabłonką będę siedziała w wiklinowym fotelu. A jej gałęzie wiosną będą całe w biało-różowych kwiatach, by jesienią uginać się od ciężaru jabłek. Póki co nasza jabłoneczka to zwiewna małolata, odziana w skromny woal kwiatuszków. W tamtym roku urodziła jedno jabłko, może w tym da radę więcej?



Wraz z pierwszymi dniami maja ożył nasz taras. Uwielbiam pić tu kawę, czytać, i oczywiście klikać na swoim laptopie. Leniwie bujać się na hamaku i spoglądać w żeglujące po niebie obłoki, które od czasu do czasu rozrywają samoloty pasażerskie, podróżujące gdzieś tam w daleki świat. Wieczorem palić świece w lampionach, słuchać rechoczących żab. W budce lęgowej na olszynie wydzierają się małe kosy. Rodzice uwijają się jak mogą, aby wykarmić rozdarte bractwo. Kilka dni poświęciłam na warzywnik i rabatki kwiatowe. Wszystko już zasiane, posadzone. Pal licho zimni ogrodnicy i zimna Zocha! Najwyżej wszystko poprzykrywam i jakoś przetrwają te moje nasionka i sadzonki. Niezłą walkę musiałam stoczyć z miętą. Kiedyś nieświadomie zasadziłam ją właśnie w warzywniku i to był błąd nad błędy. Mięta pieprzowa rozrasta się poprzez kłącza i w jeden sezon potrafi zdominować sporą przestrzeń wokół siebie. Mięta fajna sprawa, ale nie w ilościach hurtowych w przeciętnym gospodarstwie domowym. Więc nawyrywałam tej mięty ze dwa wielkie wiadra i obdzieliłam wszystkich sąsiadów i połowę koleżanek w pracy. Można hodować nawet w doniczkach na balkonie. Jest chociaż szansa, że się nie rozpleni gdzie popadnie.
Natomiast nie miałabym nic przeciwko temu, gdyby z prędkością mięty pełzły po moim ogródku tulipany...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz