czwartek, 19 maja 2016

Wawelski, ot co!


Maj jaki jest każdy widzi i czuje. Zimny. Przedwczoraj Marko włączył na jakiś czas ogrzewanie – w drugiej połowie maja! Kominka nie chciało się nam odpalać, bo po zimowym kotłowaniu już wyczyszczony na czas letniego odpoczynku. W warzywniku tylko rukola rozszalała się na całego i od dawna wcinamy tę swoją, ogródkową. Reszta wschodzi niemrawo, chociaż szczypiorek i owszem, goni rukolę dzielnie. 
W pracy fajnie tworzy się mini spektaklik o Smoku Wawelskim. Oczywiście poprzerabiany, bo tam gdzie jedziemy (ośrodek dla dzieci z upośledzeniem w stopniu umiarkowanym), staram się dzieci nie straszyć (nawet Czerwonego Kapturka wilk nigdy nie zjada), więc Dratewka grzecznie poprosi Smoka o to, aby raczył się był wynieść z grodu Kraka. Smok wzięty z zaskoczenia (no bo dotychczas to go rycerze na miecze, na włócznie!) potulnie pójdzie w siną dal. Żadne tam faszerowanie Smoka baranami nadzianymi siarką.
- Sorko, ale Króla Kraka gram ja, bo ja jestem z Krakowa – czy na taki argument można znaleźć kontr?
- A dlaczego Olka znowu gra królewnę? Ja też bym chciała – denerwuje się Karolka, która faktycznie ma urodę jak najpiękniejsza księżniczka z najpiękniejszej bajki!
- Bo ja mam taki głos, że tylko na królewnę się nadaję – rzecze Olka i ma rację. Karolka lubi wyzwania, więc nie stroiła gwiazdorskich fochów, postanowiła wykreować takiego rycerza, że hoho!
Za to Smoka i Dratewkę mamy takich, że profesjonalna scena by się nie powstydziła. Będzie fajnie, już jest kupa zabawy podczas prób. Bardzo to lubię, kiedy widzę, że nic nie idzie na siłę, że się fajnie tworzy, jest zaangażowanie, są pomysły, jest power, super jest!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz