sobota, 30 lipca 2016

Jedziemy - Bułgaria (втора част)

Do Bułgarii wybraliśmy trasę przez Słowację-Węgry-Serbię. W zdecydowanej części przebiega ona autostradami bądź drogami szybkiego ruchu, ale zdarzają się odcinki zwykłej drogi, które skutecznie wydłużają czas przejazdu. Droga przez Polskę i Słowację ciągnie się szczególnie długo (na Słowacji sporo odcinków wahadłowych, ponieważ ostro działają z naprawą nawierzchni i chwała braciom Słowakom za to! Ale co się nastaliśmy to nasze!) Chociaż wyjechaliśmy z domu o 8.30, dopiero po 17 wjeżdżamy na węgierską autostradę, gdzie na szczęście znacznie przyspieszamy. Pola słoneczników, wzdłuż autostrady zdają się nie mieć końca. Będą nam towarzyszyły aż po czarnomorskie wybrzeże. Uroczy widok, cudowny zapach.
Sporym utrapieniem były dla nas przejścia graniczne Węgry-Serbia i Serbia-Bułgaria. Z tego względu, że Serbia nie należy do UE niezwykle skrupulatnie sprawdzane są paszporty. Sytuacja z uchodźcami, zagrożenie terrorystyczne wzmagają czujność na tych granicach. Kiedy wracaliśmy z Bułgarii (było to tuż po zamachu w Nicei), każdy samochód osobowy – KAŻDY – miał kontrolowany bagażnik, według mnie i tak pobieżnie, ale jednak. Tak więc przejść granicznych nie wspominamy najlepiej. W sumie straciliśmy na nich 3 godziny (w drodze nad Morze Czarne) i około 2 w drodze powrotnej. Dołujący widok dopadł nas po przekroczeniu bramek węgierskich – pomiędzy Węgrami (granica w wysokich, kolczastych zasiekach – brr!) i Serbią, tuż za Segedyn, ulokowany jest niewielki obóz uchodźców, którzy koczują w prowizorycznych namiotach. Po raz pierwszy tak blisko byłam narastającego problemu Europy i wywołało to we mnie przygnębienie. Zderzenie dwóch światów – rząd klimatyzowanych samochodów, zmierzających na wakacyjny wypoczynek nad morze i te duszne namioty, małe, rozstawiane byle jak, prowizorycznie, jakby na chwilę. Tymczasowość naznaczona namiastką zadomowienia. Poczucie bezpieczeństwa bliskie zera…


Naszą podróż podzieliliśmy na dwa dni. W czwartek, 30 czerwca zależało nam na dotarciu na nocleg w Segedyn (Węgry) tuż przed 21, tak aby zdążyć na mecz ćwierćfinałowy Polska – Portugalia na Stade Velodrome w Marsylii podczas Euro 2016. Do zabukowanego (booking – mamy tylko dobre doświadczenia z tą firmą) apartamentu trafiamy dziesięć minut po 21. Pan Gabor, przeuroczy Węgier, którego zapisujemy w naszej pamięci jako pozytywnie zakręconego człowieka, od razu wie o co nam chodzi i zamiast zgarniać od nas kasę za nocleg, włącza nam TV. Wita nas wynik 1:0 dla Polski, gol Lewandowskiego, który wprowadza nas w euforię pełną wiary, że TEN mecz będzie NASZ! Pan Gabor cieszy się razem z nami. Doprawdy Polak-Węgier dwa bratanki to nie mit - jest nić porozumienia! Jak skończył się mecz każdy wie, ale choć przegraliśmy w karnych, jesteśmy pod ogromnym wrażeniem naszej wspaniałej drużyny i pełni wiary w to, że jeszcze nie jedne pozytywne emocje przed nami. Choć już niekoniecznie podczas tegorocznego Euro. Dość egzotycznie oglądało się nam mecz z węgierskim komentarzem. Przyznać muszę, że nazwiska polskich piłkarzy węgierscy komentatorzy wymawiali całkiem sprawnie. Nawet nie łamali języków na nazwisku Kuby Błaszczykowskiego!

Do Byala w Bułgarii, naszego docelowego miejsca nad Morzem Czarnym, docieramy bardzo późno – według czasu polskiego o 1 w nocy, a bułgarskiego o 2. Wita nas przemiła pani Teodora, która kwateruje nas w naszym apartamencie, przekazuje podstawowe informacje, resztę spraw formalnych odkłada na drugi dzień, tak abyśmy mogli odpocząć po męczącej podróży. Padamy spać. Zmęczeni, ale pełni wiary, że tak długą podróż, czarnomorskie wybrzeże odpłaci nam wszystkim co najpiękniejsze!

Garść praktycznych spostrzeżeń z trasy:
  • Należy uważać podczas jazdy przez Serbię – policja gęsto usiana na autostradzie, raczej nie ma co ryzykować z przekraczaniem dozwolonej prędkości (na autostradzie niestety tylko 120 km!).
  • Jeśli ktoś planuje w „ciemno” nocleg na Serbii – musi nastawić się na cierpliwość – na trasie jest niewielka ilość miejsc noclegowych. Między innymi dlatego my woleliśmy nie ryzykować i zabukowaliśmy nocleg na Węgrzech, tuż przed serbską granicą.
  • Uważajcie podczas podróży przez Bułgarię! Niestety na autostradzie szczególnie Bułgarzy mają w poważaniu informowanie współużytkowników drogi o zmianie pasa jazdy! Bywa groźnie!
  • Infrastruktura na drogach, typu parkingi, toalety, kosze na śmieci, pozostawia wieeele do życzenia :( Najlepiej planować postoje na stacjach benzynowych, ale i tu warto wypatrywać większych. Zdążyło się nam na pierwszej stacji w Bułgarii, po przekroczeniu granicy Serbsko-Bułgarskiej, że terminal był „kaput” i wołano od nas gotówki (lewów), której oczywiście nie mieliśmy. Zapłaciliśmy w euro, po przeliczeniu przez pana kasjera. Dogadać się nie mogliśmy. Jeśli ktoś zna angielski i sądzi, że będzie miał spox w Bułgarii to może się zdziwić. Zdecydowanie bardziej przyda się rosyjski. Warto, naprawdę warto przypomnieć sobie cyrylicę, a jeśli ktoś nie zna – po prostu poznać :) O czym przekonaliśmy się szczególnie podczas wizyt w knajpkach :)
  • W Bułgarii nawet w McDonald’s zdarzyło się też nam niechętne przyjęcie opłaty via karta! Proszono o gotówkę, której w drodze powrotnej już po prostu nie mieliśmy .
Ale wiadomo, że drogę tam i z powrotem wspomina się dobrze wówczas gdy była ona bezpieczna – w naszym przypadku taka była!

wtorek, 26 lipca 2016

Bułgarskie refleksje (част първа)

Czas galopuje, nie daje gratisowych chwil na załatwienie wszystkich przyziemnych spraw, aby móc później oddać się przyjemnościom. Dlatego człowiek musi nauczyć się dzielić czas, gospodarować nim, aby darowane godziny wystarczyły i na przyjemności i na obowiązki. Życie gna w każdej swej minucie i jeśli już dzisiaj czegoś nie przeżyjesz, nie dotkniesz, nie zapamiętasz, nie posmakujesz – jutro może nie być czasu na to czego nie zrobiłeś dzisiaj. Takie mnie smutne w sumie refleksje naszły, kiedy siadłam, aby spisać wspomnienia z bułgarskich wakacji.

Delektowałam się chwilkami, ulotnymi i tak niemożliwymi do zamknięcia w dłoni, a jednak zdolnymi wpisać się w mózg i serce, gotowymi do zaprocentowania dobrym samopoczuciem, ożywczym wypoczynkiem.

Świadomie szukałam, i co ważniejsze - znajdowałam siłę i spokój w każdym ciepłym promieniu słońca, każdym dającym wytchnienie powiewie wiatru, w każdym szumie czarnomorskiej fali. Chłonęłam barwy, zapachy, smaki. Oddychałam głęboko wciągając do płuc nadmorskie powietrze, nie mogłam oderwać oczu od ferii błękitu, granatu i szmaragdu, które w duecie tworzyły każdego dnia niestrudzone: niebo i Morze Czarne. Kolekcjonowałam dobre chwile niczym muszle wyrzucane przez morze na piaszczysty lub skalisty brzeg. To był bardzo dobry czas. Czas dla mnie samej, dla Marka i dla Synów. Jak zwykle po dobrym odpoczynku wracałam wcale nie ze smutkiem, ale pełna dobrych emocji i szczęśliwa, że mogłam ten dobry czas przeżyć.





wtorek, 19 lipca 2016

Wróciliśmy

W sobotę późnym wieczorem wróciliśmy po bardzo długiej, dwudniowej, ale szczęśliwej podróży do zimnej i pochmurnej Polski. Polski pięknej! Naprawdę – kiedy człowiek podróżuje 2 tysiące kilometrów, widzi zmieniające się za oknem krajobrazy, czasem dość ponure (widok przedmieść Sofii), czasem zapierające dech w piersi – przeprawa przez góry w Serbii tuż za granicą z Bułgarią, albo ciągnące się po błękitny horyzont, nieprawdopodobnie żółte pola słoneczników, to i tak widok polskiej zieleni, polskiego nieba, nawet polskiej pochmurności i bylejakości – nie mają sobie równych. Taką moc ma powrót do domu. Wspomnienia i przeżyte dobre chwile nabierają swojej wagi i budującej siły, kiedy można po nie sięgnąć właśnie w tym najważniejszym miejscu na Ziemi – swoim DOMU.

Zostawiam kilka słonecznych obrazków z Bułgarii i pędzę do zarośniętego chwastami ogródka. Na opisanie wrażeń przyjdzie czas – teraz wygrywają chwasty, szalejący w trawniku kret, panosząca się po kątach kocia sierść :)













wtorek, 5 lipca 2016

Bułgaria

Rankiem wypijam mrożoną kawę na dachu-tarasie naszego pensjonatu. Z jednej strony spoglądam na Morze Czarne (jakie ono cudne, cudne, cudne), z drugiej – słyszę budzące się do życia, spokojne miasteczko nadmorskie. Odległe od wszelkich rozkrzyczanych kurortów. To niewiarygodne, ale naprawdę takie kameralne miejsca istnieją na zdawałoby się skomercjalizowanym, czarnomorskim wybrzeżu.

Na plaży przesypuję piasek z dłoni do dłoni. Spaceruję brzegiem, zbieram muszle. Albo siedzę, po prostu siedzę i spoglądam w bezkres morskiego i niebiańskiego błękitu.
Zakładam niebieską sukienkę.
Zlizuję słony smak z ust.
Późny obiad jemy za każdym razem w innej knajpie. W każdej zamawiam szopską sałatkę – nigdy nie mam jej dosyć, nigdy!

Na straganie kupuję ciężkie arbuzy, zbyt słodkie jak dla mnie czereśnie, obłędne papryki i pomidory.

Przekomarzam się z sympatycznym Bułgarem, serwującym wypiekane przez niego i jego siostrę banicę.

Nic a nic nie rozumiem bułgarskiego, ale uśmiech nie zna granic.

Wieczorem wymykamy się z Marko na plażę. Siadamy w nadbrzeżnej knajpce, morskie fale rozbijają się tuż, tuż… tak blisko nas. Morze nocą oddaje ciepło zabrane za dnia słońcu.
Dobry czas…

Zapomniałam o świecie.
Jakimś tam i gdzieś tam.

Jest jakiś świat oprócz tego tutaj, na wyciągnięcie ręki…

Jest? Naprawdę?