piątek, 5 sierpnia 2016

More, more, more – Bułgaria (част пет)


Morze Czarne (Черно Море) na pierwszy rzut oka nie jest czarne – no może czasami sprawia takie wrażenie (podobno w pochmurne lub deszczowe dni, ale my na takie nie trafiliśmy). Czasami też wieczorami, gdy słońce było tylko wspomnieniem, faktycznie daleko na horyzoncie majaczyło głęboką, stalową szarością. W dzień, w słońcu zachwyca paletą soczystych błękitów. W przewodniku wyczytałam, że jego nazwa pochodzi od siarczków, które zabarwiają wodę na czarno. Najczęściej jest po prostu niebieskie, lazurowe, mieni się szmaragdem. Ciepłe i mniej słone niż Adriatyk, woda przejrzysta. Kąpiel w nim to ogromna przyjemność – podczas wchodzenia nie czuć różnicy temperatury. Trzykrotnie podczas naszego pobytu była dość duża fala (wyłna - вълна), w której można było poszaleć. Najczęściej jednak było spokojnie. Ciekawe dla mnie było to, że pomimo silnych fal, na plaży nie było wiatru. Nad Bałtykiem zwykle, gdy jest duża fala, to wiatr (najczęściej chłodny) targa człowiekiem na wszystkie strony świata, a tu cisza. No oprócz szumu morza...
Tak brzmiało wieczorem [na fotkę KLIK - będzie filmik]:

https://drive.google.com/file/d/0B-HFBdjO0MTwTXdIR0cxdGZLU2s/view?usp=sharing

Karadere – (3 km na północ od Byala) reklamowana jest jako jedna z ostatnich dzikich plaż w Europie. Oczywiście jest to określenie mocno, mooocno na wyrost. Może dzika w sensie, że bez infrastruktury plażowej w stylu: leżaczki, parasoleczki po pięć lewa za sztukę, bary, toalety, prysznice ze słodką wodą i temu podobne bajery. Na Karadere spotkaliśmy sporą (jak na niby dziką plażę) grupę letników. I co ważne, nie takich jak my, którzy wpadli tam samochodem na chwilę, tylko biwakowiczów. Wprost na plaży rozstawionych było kilkanaście namiotów, a wyżej na klifie – kilka kamperów. O dziwo, wokół było bardzo, naprawdę bardzo czysto, cicho, nie dudniła muzyka. Ludzie grali w piłkę, badmintona. I oczywiście zdarzali się paradujący na golasa obojga płci – ale to w Bułgarii dość częsty widok, nawet na plażach miejskich.
Obłędnie piękna, biało-złota plaża, ciągnąca się na długości 4 kilometrów, sąsiedztwo białego klifu i głęboko niebieskie morze, było idealnym miejscem na pamiątkowe sesje zdjęciowe. Miejsce sprzyjało wyciszeniu, zachwyceniu się naturą w postaci nieskażonej komercją.


Widać, że ludzie szanują to miejsce i siebie nawzajem. Dzika plaża posiadała też… regulamin :) Pewnie gdyby nie dość uciążliwy dojazd - krętymi, miejscami skalistymi i stromymi lub polnymi drogami, wiodącymi pomiędzy winnicami i polami słoneczników – bywalibyśmy tutaj częściej. Jednakże staraliśmy się na co dzień odpocząć od samochodu.

Podczas pobytu w Bułgarii mieliśmy okazję korzystać z uroków innej dzikiej plaży. A to za sprawą naszych przyjaciół – Marzenki i Grzesia, którzy spędzali swój urlop w pobliżu nas (Sveti Vlas, około 40 kilometrów od Białej). Wspólnie wybraliśmy się w okolice Jeziora Pomorie, gdzie w południowej jego części znajdują się naturalne zbiorniki tak zwanego „czarnego błota”, które jest bogate w minerały i pierwiastki śladowe, dzięki czemu posiada właściwości lecznicze. Wykorzystywane jest do leczenia chorób skóry i chorób układu mięśniowo-szkieletowego. Znajduje także zastosowanie w kosmetyce. Chociaż w tej chwili, dzięki leczeniu biologicznemu, wciąż mogę cieszyć się zdrową skórą, która póki co zapomniała o łuszczycy, z zaciekawieniem wypróbowałam tego zabiegu. Do akwenów z błotem, dość płytkich - maksymalnie po kolana – dochodzi się wprost z plaży poprzez niewysoką i wąską mierzeję. Czarne zbiorniki otoczone są, chyba dla wygody, sztucznymi, drewnianymi pomostami, które całe oblepione są błotem. Chociaż Marzenka przestrzegała mnie, że błoto ma specyficzny zapach, ja nie wyczuwałam go, a raczej nie był on dla mnie jakiś… hm… no z gatunku śmierdzących ;) Ot, błoto. Z dobrodziejstw błotnych solanek korzysta wiele osób. Cała plaża usiana była „zrobionymi” na czarno spacerowiczami. Po około 20-30 minutach, kiedy błoto zaschnie, wskakuje się do morza, które szybko zmywa tę naturalną maskę z ciała. Skóra, podobnie jak w przypadku glinki białej, którą stosowałam w Byala, staje się po zabiegu gładka i aksamitna w dotyku, fajne ukojenie po wysuszającym słońcu.

Plaża w tym miejscu w pełni zasługuje na miano dzikiej – niestety nie jest tak czysta jak Karadere. Usytuowane są też na niej dwie, demonicznie wyglądające betonowe budowle – coś w stylu okrągłych bunkrów. Nie znam ich prawdziwego, dawnego zapewne przeznaczenia – może to faktycznie bunkry, a może dawne zbiorniki wykorzystywane do pozyskiwania soli? Teraz niestety są siedliskiem śmieci. Poza tym na brzegu zalega piasek (podobno) pochodzenia wulkanicznego, bogaty w tlenki żelaza, który miejscami jest czarny, niczym w Czarnogórze. Podejrzewam, że to wysuszone czarne błoto, osypujące się z wczasowiczów, też się do tego przyczynia. Samo morze w tym miejscu jest cudowne, długi pas płycizny, dno piaszczyste, wspaniałe!

Z Marzeną, Grzesiem oraz ich Córkami spotkaliśmy się kilkakrotnie podczas naszego dwutygodniowego pobytu w Bułgarii. Odwiedzili nas w Białej, gdzie plażowaliśmy i spacerowaliśmy po skałkach w poszukiwaniu muszli. Wspólnie spędziliśmy cały dzień, kończąc go w Koszaracie na późnym obiedzie. Był to jak zawsze fajny, przyjacielski czas, pełen rozmów, śmiechu, wspomnień, opowieści. Innego dnia z kolei umówiliśmy się na wypad do Nesebaru (Nesebyr), o którym jeszcze napiszę.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz