piątek, 16 września 2016

O diecie, czyli samochwała, ale czasami trzeba

Mijają dwa lata od rozpoczęcia mojej prywatnej kuchennej rewolucji, którą przez pierwszy rok przechodziłam prowadzona za rękę przez dietetyczkę. Priorytetem było wówczas schudnięcie, później uświadomiłam sobie, że bez TRWAŁYCH zmian magicznych NAWYKÓW ŻYWIENIOWYCH, na nic mój wysiłek.

Pierwsze efekty uskrzydliły mnie, a po pół roku, kiedy do akcji zdrowe żywienie, dołączyła rodzina, wiedziałam już, że będzie sukces na zawsze. Po roku, po nauczeniu się na nowo gotowania i komponowania całodniowych posiłków wg zasad zbilansowanej diety, po zrzuceniu dużej nadwagi, odważyłam się (nomen omen) na samodzielność – bez wsparcia dietetyczki. Na kolejny rok priorytetem było dla mnie... utrzymać, utrwalić to co udało się osiągnąć dotychczas. Po prostu nie wpaść w sidła efektu jo-jo. I teraz mogę odtrąbić zwycięstwo. Albowiem zdrowy styl odżywiania nie tylko ja, ale i cała rodzina, ma we krwi, i co dla mnie istotne – moja waga przez ten rok była idealnie stabilna.

Kiedy człowiek rozpoczyna takie zmiany w swoim życiu, reakcje otoczenia są różne. Najpierw każdy podchodził z przymrużonym okiem do moich wizyt u dietetyczki. Z zaciekawieniem zaglądano mi do przynoszonych do pracy pudełeczek z żarciem, zaś galopowanie wszędzie z butelką wody w ręce obrastało w anegdoty. Z niedowierzaniem obserwowano, gdy na firmowych imprezkach wybierałam owoce, a nie słodkie i puszyste ciasta.
Kiedy pierwsze efekty w postaci utraty wagi zaczęły być widoczne – był podziw, miłe słowa. Zawsze szczerze dziękowałam każdemu. To budowało moją motywację, pchało do przodu. Ale kiedy waga wciąż leciała w dół, rozlegały się zaniepokojone pytania: ale czy ty się nie głodzisz? to jakaś dieta cud? czy robiłaś badania? czy ty jesteś zdrowa? i tak dalej.
Gdy przyzwyczajono się do mojego nowego wyglądu, zaczęło się doszukiwanie oznak załamania – czyli fałdek tłuszczu. Nie raz zdarzało mi się słyszeć zdziwione: „o, ale ty to chyba cały czas trzymasz wagę?”, „a jesz już normalnie, czy wciąż na diecie?”

Co znaczy normalnie? Co znaczy dieta?
Dla mnie "normalnie" to sposób w jaki odżywiam się teraz. Dieta stała się normalnym jedzeniem. Zdrowym. Dużo, naprawdę bardzo dużo warzyw, odpowiednie proporcje białka i węglowodanów, odpowiednia obróbka produktów surowych (eliminacja klasycznego smażenia), wyeliminowanie półproduktów tych wysoko przetworzonych, nafaszerowanych nie wiadomo czym, woda – to podstawa. Pewnych produktów nie kupuję WCALE: śmietany, majonezu, smalcu, słodyczy ofkors. Kilogram cukru zwykle starcza w naszym domu na 2-3 miesiące, a i tak konsumują go głównie goście.
Po dwumiesięcznych wakacjach i powrocie do pracy, powitały mnie pełne niedowierzania: „ojej, ty nic nie przytyłaś!” W głosach niektórych „koleżanek” słyszałam jęk zawodu ;)

Walka ze zbyt wysoką wagą, okres budowania nowej jakości mojego odżywiania, wiele mnie nauczyły i uczyniły silniejszą.
Nigdy tego nie zmarnuję. Nigdy.

Kiedy znajomi (także ci tylko z widzenia) pytają mnie o techniczne szczegóły wprowadzenia w życie zasad pięciu posiłków, z regularnością co do 3-4 godzin, nie picuję, że to proste i ogólnie hip hip hura! Na początku proste nie jest. Dlatego tak ważna jest nasza wewnętrzna motywacja. Chcę, potrafię, zrobię! I jest sukces. Taki styl jedzenia wymaga też czasu - prawdą jest, że stoi się przy garach. Niestety szykowanie jedzenia praktycznie od podstaw jest czasochłonne i nie zmieni tego nic. Ale przyzwyczaiłam się do przygotowywania pudełeczek z żarełkiem nie tylko zresztą dla siebie samej.

Pierwszy rok był ważny, bo wszystko było w moim żywieniu i motywacji nowe.
Drugi rok był ważniejszy, bo musiałam być zdyscyplinowana i nie dać ponieś się euforii sukcesu.
Teraz jest prościej, bo to co kiedyś było wyzwaniem, stało się normą.
 



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz