niedziela, 27 listopada 2016

Granat

A gdyby tak właśnie nie pisać o (w) listopadzie, to może minie szybciej niż oka mgnienie? Jak pomyślałam, tak (nie)uczyniłam, stąd listopadowo blog zasypała cisza. Niczym najpierw liście nasz trawnik, a później suchy śnieg dróżki.
Za dnia granatem zasnute niebo. Złowrogim, smętnym, wróżącym śnieg, grad, deszcz, no nic fajnego.
Kupiłam sobie czarno-granatowe szpilki (ja! szpilki!), a do kompletu lakier do paznokci z brokatem, granatowy, i nowy charms Pandory – też z barwami granatu.
Nowe szpilki, jak to nowe szpilki skórzane – cisną. Starym sposobem namoczyłam je w środeczku wodą i tak galopowałam po chałupie cały wieczór. Ale coś słabo szło to rozciąganie.
- Jędrek jaki ty masz rozmiar nogi?
- No 42 przecież – syn oburzony, że matka nie zna rozmiarówki własnego dziecięcia.
- To dobrze. Dwa numery większe niż ja – wbijaj w moje szpilki, to mi rozciągniesz trochę.
O dziwo syn potraktował to jako wyzwanie życiowe – połazić sobie w szpilkach. Nieźle mu szło, tylko stawiał kroki mocno z obcasa, jak to chłop, więc o mało mi ich nie ukręcił. Ale co się ubawiliśmy to nasze. Lubię jak faceci mają dystans do siebie i wszystkiego, a Jędrek ma.
A na rozciąganie nowych, skórzanych szpilek najlepsze okazało się… tańcowanie! Przetańczyłam w szpilkach całą andrzejkową imprezę. Nie tylko nie obtarły pięt, ale od razu zrobiły się dopasowane, jakbym się z nimi urodziła.

Choć wciąż głucha na te beznadziejne reklamy świąteczne, jednak postanowiłam się troszkę uruchomić bożonarodzeniowo – czas rozpocząć produkcję szydełkowych śnieżynek, bo już znajomi się dopytują, czy aby na pewno w tym roku TEŻ dostaną ode mnie takie urocze prezenciki. No jak to się ludzie szybko do dobrego przyzwyczają :)

Ale nie narzekam – lubię to. A ponieważ nagromadziłam pudełko uroczych szklanych miniaturowych słoiczków po jogurtach z biedry, każdy z nich dostanie dodatkowo lampion w koronkowym kubraczku.
Jak mi czasu starczy.
Tego w grudniu, bo listopadowy na szczęście już się kończy.



sobota, 19 listopada 2016

Pracowicie

Się wzięłam i dałam wkopać w kolejny program art., którego robić nie powinnam. Na studniówkę kabaret. A tworzenie kabaretowego scenariusza na studniówkę, ma tę wadę/zaletę (czytaj jak kto woli), że w dużej mierze dzieło tworzenia leży po stronie młodzieży. A nastoletni-dorośli wiadomo jacy są – wszystko wiedzą lepiej. Ups, to jest NAJlepiej. W dodatku jak ich nie pogonisz, nic nie zrobią, bo albo nie mają czasu (i ja to nawet rozumiem), albo mają jeeeszcze tyyytle czaaasu, sooorko, spoooko, damy radę (a tego akurat nie rozumiem). Czeka mnie dwa miesiące szarpania nerwów. Ech, chciałoby się pyrgnąć gotowym scenariuszem na deski i robić za despotycznego rezisera, który narzuca artystyczną wizję i koniec. Tym razem się nie da.
Po drodze zaś jeszcze mikołajkowa bajka, wcześniej andrzejkowe różności - zarówno służbowe, jak i prywatne. A! i jeszcze konkurs recytatorski na szczeblu dość wysokim, tak więc się zagęszczają te ostatnie tygodnie roku.
Poza tym wszystko jakoś między palcami przecieka i listopadowe nicmisięniechciejstwo rządzi mną.
Zbyt wczesne kreowanie magii świąt przez media i sklepy jak zwykle dołują mnie. Wzdrygam się na widok czekoladowych mikołajów w pazłotkach (czy też pozłotkach - nigdy nie wiem, które słowo jest prawidłowe) - co za paskudztwo. W ogóle, to straszne, naprawdę straszne, te marketingowe święta w listopadzie :(

środa, 9 listopada 2016

Magiczny (tfu) listopad

Złotousty Julian Tuwim, którego twórczość wielbię jak nie wiem co, mistrz rymów i skojarzeń napisał kiedyś:

"Listopad - jeden z dotkliwszych wrzodów na dwunastnicy roku." 

I rację miał, skubaniec wizjoner i w innych dziedzinach życia publicznego.
I jeszcze ta zmiana czasu, która skradła całą godzinę z i tak krótkiego, późnojesiennego dnia.
Nieoczekiwanie dziś poranne ciemności zostały rozjaśnione śniegiem, tak wyczekiwanym przez wszystkie reklamy świąteczne (które absurdalnie wciskają "magię świąt" równo z dniem 3 listopada).
A i ludzie chyba przymierzają się do zimy. Skąd wiem? Ano zaczynają na gwałtu rety bawić się w domowy wypiek chleba, na ten przykład. Coraz częściej, częściej niż na przykład latem, mam prośby o zakwas na chleb. Nie wiem, może się ludziskom kojarzy takie domowe pieczenie chlebka z ciepłem, przytulnością, a tego jednak zimą brak, brrr? A może jesienno-zimową porą mają więcej czasu, stąd biorą się za coś, co wydaje się im praco i czasochłonne? Hm... w sumie ja też zaczęłam piec chleb zimą. Prawie cztery lata temu... I przez ten czas nieprzerwanie mam utrzymany zakwas, który podarowała mi moja przyjaciółka Elusia, można powiedzieć matka chrzestna mojej domowej "piekarni". Gdyby nie jej determinacja, nie wiem czy chciałoby mi się chcieć zacząć tę zabawę. Teraz to dla mnie rutyna.
Pieczenie chleba to jak kamyczek rzucony w wodę - zatacza coraz szersze kręgi. Zaczniesz sam i zaraz aktywujesz innych. Wystarczy, że ktoś z gości skosztuje domowego pieczywa, wystarczy zabrać domowy chleb na jakąś imprezę składkową, poczęstować w pracy. Lawina zachwytów i próśb o przepis i zakwas. Zawsze się dzielę, bo czy można podzielić się czymś piękniejszym?
Zakwas mogę odłożyć przy okazji pieczenia chleba, a piekę średnio dwa razy na tydzień, więc za każdym razem teraz odkładam zakwas dla siebie i dla kogoś, kto prosi.

Przed zimą nie uciekniesz (chyba, że w ciepłe kraje na pół roku, ale stan mojego konta nie wskazuje by mnie mogło było na to stać przez jakieś najbliższe 80 lat), każda pora ma swój urok i napsaurok. Trzeba więc skupić się na plusach dodatnich (że tak polecę klasykiem), czyli jak już przyszła, to jest szansa, że odejdzie. I rozpalić kominek. O!

Pierwszy śnieg, nieskalany ludzką stopą, ani psią czy kocią łapą wyglądał dzisiaj u nas rankiem tak: