sobota, 31 grudnia 2016

Ostatni dzień roku


Ostatni poranek roku 2016. Wypijam kawę, spoglądając przez tarasowe okno na szeroki i surowy horyzont – zimowy, bezśnieżny, otulony cieniutką warstewkę szronu. Oświetlony bladym i niemrawym słońcem. Jeszcze tylko kilka spokojnych chwil, szum piekarnika, w którym piecze się chleb, pyrkanie ryżu, z którego mam nadzieję wyrolować dobre sushi - i wpadnę w wir przedsylwestrowych przygotowań.

Za wasabi zjeździłam wczoraj niemalże wszystkie przybytki handlu spożywczego w okolicy. Kilka sklepików, które jakoś zniosły konkurencję 6 dużych marketów w niespełna 18 tysięcznym mieście „nie prowadzą asortymentu”. Rzuciłam się więc na markety, choć nie znoszę tych molochów jak nie wiem co (z wyjątkiem "bierdonki", ale tylko tej nieopodal, osiedlowej, bo panuje tam miła i kameralna atmosfera). Na koniec zostawiłam największy, który wkurza mnie najbardziej (na literę K) i oczywiście jest tam sektor, taki spory wszerz i w wzdłuż ze wszystkim do sushi - do wyboru, koloru i smaku. Wasabi kupiłam od razu 3, aby było na zaś.

Tak jak nie lubię czasu przedświątecznej gorączki, obrzydzonej do reszty przez reklamy i sklepy serwujące kolędy od początku listopada, tak bardzo lubię czas końca roku. Rodzi się w człowieku wiara, że nowy rok to nowy czas na nowe, fajne rzeczy, szansa na to, aby zrealizować to, na co do tej pory nie miało się czasu, chęci, energii. I w tym nastroju chcę pozostać.
Sylwestra spędzamy tak jak lubimy – w małym gronie przyjaciół i znajomych. W tym roku, bawimy się u nas w domu. Będą przebieranki (pod hasłem „Zgadnij kim jestem?”, a więc totalny freestyle), dobre towarzystwo, podsumowanie mijającego roku i spoglądanie z nadzieją w NOWY.
I oby był on dla Was dobry, dał Wam zdrowie, 
spełnił Wasze marzenia, pomógł w zrealizowaniu planów. 
Szczęśliwego Nowego Roku :) 


piątek, 23 grudnia 2016

Życzę Wam...

Pod naszą choinką już leżą prezenty. Ciasta upieczone chłodzą się w garażu. Barszcz zdążył się ukisić, a chleb nastawiony, rośnie w foremkach pod lnianą ściereczką - upiekę go rankiem.
Fafik z Kiciuchem czekają na wigilijną północ, zapewne coś tam nawtykają człowieczkom. Jako dziecko zawsze w to wierzyłam, że o północy zwierzęta przemawiają ludzkim głosem. Dziwne czasy nastały - może o północy nie tylko zwierzęta przemówią ludzkim głosem...

Życzę Wam, moi mili Czytelnicy, Świąt Bożego Narodzenia o jakich marzycie
- spokojnych, albo zwariowanych, tonących w rozgardiaszu,
albo wyciszonych - po prostu takich, które spowodują,
że poczujecie się szczęśliwi, bezpieczni, spełnieni.
Niech to będą Święta, które dadzą Wam siłę.
Radosnych Świąt Bożego Narodzenia!



środa, 21 grudnia 2016

Oby...

Wygłoszę herezję:
Nie chce mi się świąt.
Za co bardzo przepraszam, ale nie chce mi się i już.
Trochę z tego powodu co się dzieje dookoła, trochę z tego powodu co tam myślę sobie ja i jakie rodzę się we mnie troski i niepokoje.
Niestety nie zawsze da się w życiu działać według swojego chcenia lub niechcenia. Dlatego jakieś tam ruchy w kierunku tematów świątecznych poczyniłam.
Na przykład nastawiłam buraczki do ukiszenia. Na barszczyk. Będzie dobry.
Ogarnęłam chałupę - a to zawsze dobrze robi. Raz wizerunkowi domu, dwa wizerunkowi pani domu, że nie jest z niej taki leniuch ostatni.
Kupiliśmy też choinkę na targu. Targu, tego wielkiego z mydłem widłem, nie lubię. Jeżdżę tam ze dwa razy w roku - jesienią po warzywa na przetwory i zimą właśnie po choinkę. Choinka stoi na tarasie i ma się tam dobrze. Jutro zapewne wtargnie do domu i skupi na sobie całą uwagę wszystkich domowników. W tym kota oczywiście.
Od jakiegoś czasu mało piekę ciast, ale na święta coś trzeba. Nie chce mi się bawić w makowiec zawijany i wymyśliłam sobie sernik na kruchym z warstwą makową. Wiem, że takie ciasto nazywa się seromakowiec, ale nie lubię tej nazwy. Jest jakaś pokraczna dla mnie. Ale ciasto pyszne, więc popełnię!
Upiekłabym jeszcze pierniczki, takie troszkę też na choinkę, ale przypomniałam sobie, że choinkowe pierniczki to przysmak Fafcia, nim miną święta Faf zeżre niepostrzeżenie wszystkie. Także nie wiem sama, co zwycięży - wena na pierniczki, czy to, że nie chce mi się świąt...
Na jutrzejszą szkolną wigilię Jędrkowej klasy, tradycyjnie upiekłam chleb.
Może kiedy dom zapełnią zapachy i choinka kolorowa i rozbłysną lampeczki, może wreszcie wtedy dopadnie mnie ta reklamowana od listopada magia świąt?
Oby...

piątek, 16 grudnia 2016

Hura. Hura. Tylko czy naprawdę...

Człowiek istotą dziwną jest gdyż:
Zaiwania w robocie, dając z siebie naprawdę dużo (celowo nie piszę, że wszystko, aby jednak nie wyolbrzymiać). Czasami nie wyrabia na zakrętach.Wkurza się, że robi, robi i nic z tego nie ma, oprócz comiesięcznych, fakt, że pewnych (i niech to będzie plusem) wpływów na konto. Mało tego, powtarza szczerze, że lubi swoją pracę, identyfikuje się z nią. Naprawdę - zero sarkazmu. Ja bardzo lubię swoją pracę i jestem z nią bardzo związana. Może dlatego, że w tych dziwnych czasach, gdy generalnie panuje rotacja, ja pracuję w miejscu, w którym zaczynałam zaraz po studiach.
Więc się tak dzień za dniem człowiek użera (głównie sam ze sobą, swoimi słabościami, ambicjami, alboli też... ambicyjkami) i nagle...
I nagle człowiek dostaje nagrodę. I jeszcze podpartą dobrym słowem i pochwałami. I dodatkowo podwyżkę. Niewielką, ale zawsze na przysłowiowe waciki starczy.
I co robi człowiek?
Czy się cieszy?
Otóż nie tak bardzo.
Ma wyrzuty sumienia, że kurde, to jest na wyrost, że przecież czasami to się jednak obija. I tak naprawdę to wszystkiego z siebie nie daje.
Boi się, że teraz to będzie gorzej - no bo jak tak szef docenił, to już nie można sobie odpuścić, na laurach spocząć, bo co szef powie?
Drży, aby nic nie zawalić, bo zawsze znajdzie się ktoś, kogo ta porażka ucieszy.
Takie uczucia towarzyszą mi zawsze właśnie w sytuacji sukcesu, sukcesiku, czy w ogóle najmniejszego nawet "udałosie".

Puenty tych moich rozważań, zainspirowanych dylematem "co też z tom nagrodom uczynić", nie będzie. Ale za to zostawię na blogu zdjęcie ze spotkania, które ostatnio wywołało we mnie fajne emocje...
Strażnik bezpieczeństwa lotniska wojskowego w pełnej krasie swej orlej doskonałości :)
Niesamowite uczucie móc przez chwilę obcować z pięknem, dumą, siłą, pewnością siebie natury w najczystszej postaci! Zobaczyć takie "zwierzątko" face to face robi niesamowite wrażenie!




czwartek, 8 grudnia 2016

Znowu praca

Wymyśliłam sobie patent na odrobienie zaległych zaległości w pracy. Głównie tych papierkowo-biurowo-komputerowych. Cichaczem przemknąć do swojej pracowni. Dużo wcześniej, przed godzinami figurującymi w grafiku. Z zaciągniętym na oczy kapturem, aby nikt nie dostrzegł, że ja to ja. Zamknąć drzwi na klucz. Po prostu mnie nie ma i już. Niech pukają, dzwonią – nikogo tutaj nie ma. W swój chytry plan wciągam recepcjonistę – pani Aniu, mnie jeszcze nie ma!

Jak zwykle, gdy przede mną duży projekt, mentalnie już jestem w okolicach daty jego realizacji. Tak więc u mnie w głowie już połowa stycznia. Ale łatwo nie jest, bo jak wspomniałam, współpracę z dorosłymi nastolatkami nie zawsze da się oprzeć o kompromis. Przy czym kompromisu nie uznaje strona druga – czyli młodzież. Uczę się czegoś przy tym ja, mam nadzieją, że uczą się też oni. Najważniejsza jest dla mnie ich kreatywność, zapał, to, że im się chce coś stworzyć. Nie ma nic gorszego jak taki nabzdyczony małolat, co to całą swoją postawą manifestuje, że pozjadał wszystkie rozumy świata, i co mi zrobisz, no co? Na szczęście takich w mojej grupie artystów studniówkowych nie ma.

- Posłuchajcie - powiedziałam na pierwszym spotkaniu - proszę aby zostały tutaj tylko te osoby, które naprawdę same CHCĄ stworzyć dobry program. A nie, że MUSZĄ. Wyznaję proste, stare zasady – z niewolnika nie ma pracownika. Szczególnie twórczego, więc…

…więc nie wyszedł nikt :)

Także działamy, choć oczywiście bajkowo nie jest.

Tymczasem zima dobrała się do mojego gardła i zabrała mi troszkę energii. Ale nie dam się, nie ma czasu na chorowanie!

piątek, 2 grudnia 2016

Dzień dobry zimo!

Zasypane śniegiem okoliczności przyrody podziałały dziś na mnie motywująco. Po porannej kawce z mleczkiem, wyskoczyłam przed chałupę z mocnym postanowieniem poodśnieżania w ramach szeroko pojętego fitnessu na miarę wsi. Ponieważ klucz do garażowego pomieszczenia gospo się był zawieruszył, nagły przypływ energii spożytkowałam na ulepienie bałwana. Myślałam, że zajmie mi to z godzinę, ale śnieg był tak klejący, że ledwo zatoczyłam kółko, a już miałam sporą kulę na bałwaniasty spód. Który to od razu Faf chciał obsikać, ale czym prędzej pogoniłam gada marchewkowym nosem. Bałwan miał być radośnie uśmiechnięty, wyszedł ironiczny.

Międzyczasie przyjechała miejska odśnieżarka, a ja znalazłam klucz od garażu, gdzie stacjonuje łopata do śniegu, więc nie było przeproś – trza było wziąć się za odśnieżanie chodniczków i podjazdu garażowego. Ledwo się zamachnęłam, dzwoni kuleżanka Paula, która ostatnimi czasy mocno zachwalała mi miejscowy, nowo otwarty klub fitness, siłkę i szkołę jakiejś tam sztuki walk w jednym.
- To co, Agu, wbijasz ze mną na zajęcia od przyszłego tygodnia?
Ech, przypomniałam sobie, że taką deklarację złożyłam podczas andrzejkowej imprezy, przy czym ilość spożytego białego wina wytrawnego mocno wpłynęła na tę decyzję. Na przyszłość trzeba uważać co się gada, a nade wszystko obiecuje po alko :)
- No dobra, ubiegnę noworoczne postanowienia i zamiast „odstycznia” zacznę już! Wbijam!
No tam to mnie jeszcze nie było – w klubie fitness – z ponoć bardzo groźnym panem trenerem.