sobota, 28 stycznia 2017

Brawo, brawo!

Niniejszym udzielam sobie sama pochwały i rączki całuję gdyż:
Protokoły dwa, całe 31 stron popierdułek – napisane! W jeden dzień. Taadaaam!
Wygnałam rodzinę na narty, na niewielki stok nieopodal. Dla pewności, że nic mnie od pisania nie odciągnie – obiad rodzina miała zjeść na stoku, chałupa posprzątana dzień wcześniej, kominek wyczyszczony i inne domowe duperele też porobione. Jedna Bonda skończona („Tylko umarli nie kłamią”), a następną („Okularnik”) mam prawo otworzyć dopiero po napisaniu protokołów – to taka moja umowa samej ze sobą.

W nagrodę żem taka dzielna, że wracam do pracy po feriach bez zaległości (co za uczucie!), pognałam wczoraj wieczorem na miłe spotkanie babskie, a dziś wieczorem z kolei, z panem małżonkiem udajemy się do kina na opowieść o pani Michalinie od „Sztuki kochania”. Niestety, ale w najbliższym nam, niewielkim, nie sieciowym kinie (które w dodatku mieści się 20 kilometrów od naszej mieściny) filmy, na które czekam ze zniecierpliwieniem, a więc „Powidoki” i „La La Land”, będą wyświetlane dopiero w lutym. Cza więc czekać i oglądać co dają. Jak za starych, licealnych czasów, gdy do kina siechodziłosie co tydzień i nie patrzyło co grają, tylko się szło. Bo to była jedyna rozrywka na małomiasteczkowej prowincji dla małoletniej, aspirującej do inteligencji młodzieży. Nie wspomnę o walorach towarzyskich, takiego „chodzenia” do kina. Tak, kiedyś chodzenie do kina to było coś! A czy ktoś pamięta projekcję Kroniki filmowej przed seansem właściwym? Tak, Kroniki, a nie reklam! Chyba jeszcze na początku lat 90 takie uczty były serwowane widzom, a teraz to co? Kawa, piwo, wzdęcia, szampon na porost włosów i tabletki na potencję. Za to można się bezkarnie (prawie!) na taki seans spóźnić.

Zamierzam miło, milutko spędzić ostatni łykendzik zimowych ferii. Bo przede mną intensywne miesiące. Kilka przedsięwzięć w pracy, ale nade NADE! wszystko – porządki zdrowotne. Pełna mobilizacja. Ot co!

środa, 25 stycznia 2017

Leniwiec na własne życzenie


Od kilku dni zbieram się do pisania znienawidzonych protokołów i jak to zwykle w takich sytuacjach bywa, wszystko jest nagle ważne, tylko nie to. Wyczyścić kominek, upiec bułki, umyć podłogę, doczytać książkę. Pożalić na swoje lenistwo tobie, mój drogi, internetowy dzienniczku ;)
Wściekła jestem sama na siebie za to odkładanie i odkładanie, które do niczego nie prowadzi. Frustruje mnie tylko i powoduje, że w niczym nie mogę znaleźć przyjemności. No bo czego się nie tknę, wisi nade mną wizja tych pierdzielonych protokołów. Ale za to mam wypucowany kominek, domowe bułki do burgerów, podłogę lśniącą i książkę skończoną. Tylko protokoły nie tknięte. I kiedy już, już prawie miałam otwierać pliki ze zgromadzonymi materiałami, odezwała się pralka, anonsując wesołą muzyczką zakończone pranie. Trzeba wywiesić, no przecież! O, i pies się domaga spacerku, kot żarcia, dzwoni telefon, przychodzi esemes. I jeszcze trzeba trzymać kciuki za ważne kolokwium syna dorosłego, a między tym wszystkim pozachwycać nowymi koralikami do mojej gromadzonej z uwielbieniem pandorki.
Nie… no tak to ja nigdy nie ruszę z miejsca, tak to ja zawsze będę miała zaległości… yh…

niedziela, 22 stycznia 2017

Na resecie, czyli odpoczywam od pracy

Pijemy z Marko kawkę z gorącym, spienionym mlekiem. Mleko, ostatnimi czasy, podgrzewam w mikrofali (patent syna dorosłego). Wiem – niezdrowo i profanacja, ale za to szybko, bez przypalania i nie ma szorowania. Co prawda mleko w szklance też może wykipieć, ale już mam obcykane – pół szklanki mleka gotuje się w mikrofali dosłownie w 40 sekund. Potem wystarczy mleko spienić ręcznym spieniaczem. A na mlecznej pianie rozsypałam wiórki grubo startej gorzkiej czekolady. Pysznie… rozpoczął się nasz niedzielny poranek...

Czas wreszcie rozebrać choinkę. Zapakować w kartony wszelkie świąteczne ozdoby. Na strych z nimi! Zawsze rozbieramy choinkę po kolędowej wizycie księdza proboszcza. Nasz ksiądz proboszcz jest bardzo wesoły i taki ciepły chłop. Chłop, bo ma chyba z metr dziewięćdziesiąt wzrostu. Całkiem młody jak na proboszcza, bo nasz rówieśnik :) Miłośnik pszczelarstwa i dendrologii. Jego ulubionym drzewem jest lipa, nie znosi zaś brzóz („takie tam śmieciuchy”) i iglaków („jakieś takie bezduszne”). Jego marzeniem jest zasadzenie lasu. Pożyczyliśmy więc księdzu, aby mu się spełniło.

Tydzień ferii śmignął nie wiadomo jak i kiedy. Przebiegał u mnie pod znakiem pogodzenia się z tym, co nie zawsze od nas zależne. No i zgodnie z planem zrobiłam niewielki obraz płócienny. Taki troszkę z tęsknoty za wiosną…


  

wtorek, 17 stycznia 2017

A do d... z tym planowaniem


Planowanie jest przereklamowane. W każdym razie na pewno planując cokolwiek, zaplanować też trzeba opcję zmiany planów. Na ten przykład plany na ferie i nie tylko, to ja miałam taaaakie! I niestety wszystko padło. Nie będzie Zakopanego, nie będzie nauki szusowania. Ba! Na najbliższe miesiące muszę zawiesić dopiero co rozbudzoną żyłkę aktywistki klubu fitness. Czego żal mi zresztą najbardziej. Teraz, gdy minęło już kilka dni od przymusowej zmiany planów, myślę o tym z pokorą. Bo na początku było trudniej. Tyle, że boksować to ja się mogę z fantomem Bobem, co to dumnie sterczy na sali treningowej i dzielnie znosi ciosy treningu bokserskiego. Ale z własnym organizmem? Czasami nie da rady. W perspektywie mam atrakcję w postaci sali operacyjnej z drobnym, ale zawsze, zabiegiem. Także o! W najbliższych miesiącach jedyny wysiłek na jaki mogę sobie pozwolić to podnoszenie filiżanki z kawką, tudzież kieliszka z winem białym, wytrawnym, mocno schłodzonym. A sport? Wracam do sportu jemerytów, czyli kijkowania.

A nowy plan na ferie, po zmianie starych planów na ferie wygląda następująco: czytanie książek kryminalnych niejakiej pani Bondy. Oglądanie filmów, niekoniecznie tych najnowszych, powrót do starych, lubianych mile widziany (dzisiaj był Woody Allen). Napisanie zaległego protokołu (aby nie było mi za miło podczas dwutygodniowych ferii zimowych spędzanych w domu). I jeszcze poudzielam się artystycznie – zrobię obraz płócienny, czego nie robiłam lat sto.

Ekscytujące zajęcia…

niedziela, 8 stycznia 2017

Ostatnio...

Ostatnio serce mi się skroiło na tysiąc kawałków. Za sprawą "dziecka służbowego". Tak się złożyły okoliczności przyrody i ten tego, że dziecko pękło przy mnie. Zrozpaczone do granic możliwości, wypłakiwało mi swoje niepoukładane relacje z rodzicami. Za nic nie chciało przyjąć do wiadomości moich argumentów, że rodzice na pewno je kochają, że jest dla nich ważne, tylko szwankuje im komunikacja w rodzinie. "Dziecko służbowe' się zaparło, że nieprawda. Że jej nienawidzą, że mają za nic jej marzenia i tak dalej.
Nie wierzę, że tak jest. Sprawę znam troszkę i wiem, że jest inaczej. Ale łzy dziecka, choć nie osobistego, a "służbowego", okrutnie mnie bolały.
Pomyślałam sobie, że jak często my dorośli popełniamy błąd niewrażliwości. Bagatelizujemy uczucia nastolatków w myśl: "młode to to, głupie, co też o życiu wie, dorośnie, zmądrzeje, zrozumie". A to nieprawda. Nie wolno czekać. Nie wolno nie szanować uczuć i emocji nastolatka. Nie wolno doprowadzić, aby doszło do ściany, oflagowane hasłami: "nie chcę!, nie rozumiesz mnie! nie kochasz mnie, nienawidzę cię! nienawidzisz mnie!"
To takie okrutne słowa...
Bardzo chciałam utulić "dziecko służbowe", bardzo chciałam, aby zobaczyło dobro. Bardzo chciałam, aby uwierzyło w sens rozmowy, ale było ciężko...

Strasznie chciałam wiedzieć, czy mój nastolatek wie co do niego czuję. Więc przylazłam do domu, po wyczerpującej rozmowie z "dzieckiem służbowym" i pytam dziecka osobistego:
- Jędrek czy ty czujesz, że my z tatą cię kochamy? Czy może uważasz, że jest inaczej?
Jędrek, jak to facet (choć nastoletni) spojrzał na mnie spode łba, błysnął zadrutowanym uśmiechem swojego aparatu z niebieskimi ligaturami i rzekł:
- Czego ty się mamo znowu naoglądałaś?
No i teraz nie wiem za bardzo czy dobrze odczytałam przekaz: tak mamo, nie jesteś wariatką, choć czasami ci blisko do tego :D

Rozmawiajmy ze swoimi dziećmi, szanujmy je, wierzmy w nie, kochajmy i o tym im mówmy.
A nade wszystko okazujmy to!
Niech wie! Niech czuje!
Bo być może nie ma nic gorszego niż niedoinformowany emocjonalnie nastolatek.


piątek, 6 stycznia 2017

Tylko pozytywnie :)

Zadzwoniła koleżanka z dobrą wiadomością. Strasznie lubię cieszyć się szczęściem innych ludzi. Tym bardziej, że ma to związek ze zdrowiem. Trzymam kciuki Marzenko.
Fajnie jest móc dzielić z innymi takie pozytywne emocje. Dobra energia ma potężny zasięg. Jest niczym słońce - jasnością i ciepłem. Kosmosem - nieskończonością, która rozbudza wyobraźnię.
I jeszcze syn donosił wczoraj esemesem, że "3 ze sprawdzianu z fizy, a smakuje jak 6!". No właśnie - sukces nie jest jednowymiarowy i dobrze, że Jędrek to dostrzega.
Za mną sympatyczne spotkanie z koleżankami ze szkolnej ławy - wypełnione po brzegi pozytywnymi chwilami.
Sponsorem mijającego tygodnia były zajęcia crossfitu, które już zdążyły zawładnąć moim umysłem, a co najważniejsze - ciałem.Treningi są wspaniałe. Uwielbiam je, nawet gdy trener każe wykonywać karne pompeczki ;)
W perspektywie ciut dalszej - zimowy wyjazd do Zakopanego, w którym tak strasznie dawno mnie nie było... Co prawda Marko terroryzuje mnie panem instruktorem narciarstwa, ponieważ nie ustaje w nadziei, że nauczę się szusować. Może podejmę to wyzwanie... Może spełnię marzenie Mareckiego?
- Moim marzeniem jest abyś nauczyła się jeździć na nartach - powiedział.
Nie wiem czy się nauczę, już kiedyś próbowałam. W Korbielowie na Pilsku. Efekt był taki, że w połowie stoku odpięłam narty i powolutku zeszłam na dół. Co było nie lada wyczynem w butach narciarskich. Dlatego teraz Marko postanowił podejść do tematu profesjonalnie i opłacić lekcje. Ech... coś czuję, że tym razem mi nie odpuści.

poniedziałek, 2 stycznia 2017

Witaj Nowy :)

Zanim rok 2017 rozpędzi się na dobre, a mnie opuści noworoczna euforia, zrobię szybciutkie podsumowanie 2016. Tego mojego, w skali mikro, bo tego co wokół się dzieje… ech… jaki koń jest każdy widzi.
Zaparzam kawę z gorącą, mleczną pianą i startuję:
Będzie w tempie ekspresowym.

Za co nie lubię swojego roku 2016?
Za to, że musiałam w nim pożegnać dwóch członków naszej rodziny – w styczniu odszedł po ciężkiej chorobie mój Ojczym, zaś w listopadzie swoje długie życie zakończyła 90-letnia Babcia Wandzia, Babcia Marka…

Za co lubię rok 2016?
Za cudowne, bułgarskie wakacje pełne słońca i dobrego, rodzinnego czasu.
Za odpoczynek od choroby, który miałam dzięki kolejnej turze leczenia biologicznego.
Za szansę jaką dał mi w sprawach zawodowych, do której przygotowuję się od jakiegoś czasu, a mam nadzieję, że owoce będą gdzieś we wrześniu :)
Za to, że postanowienie noworoczne przyszło do mnie niejako mimochodem i zaczęłam je realizować w grudniu. Crossfit – zaczynam być uzależniona, czekać na treningi. Na zajęciach jest super! Super motywujący trener, świetna grupa dziewczyn! Bardzo chcę, aby zapału starczyło mi na cały rok i jeszcze, jeszcze dłużej. Boję się tylko nawrotu łuszczycy, po zakończeniu leczenia, nie wiem jak wówczas zachowa się moja skóra, czy dam wówczas radę psychicznie pokonać swoje ograniczenia, które nakłada na mnie ciasna obręcz choroby…

Ale precz obawy, precz niepewność! Nowy 2017 dawaj co tam masz dla mnie dobrego, a jak nie dasz, wycisnę to z Ciebie sama :)