wtorek, 28 marca 2017

Taka o wiosna

I kto by pomyślał, że radość jest bardziej bolesna niż smutek. W każdym razie w sensie fizycznym. Śmiech wywołuje ból brzucha trudny do zniesienia, a smutek jest w tym względzie neutralny. W czwartek szanowny pan chirurg operator zdejmie szwy z moich bolibrzusznych dziurek i mam nadzieję, że będzie lepiej. Ze śmianiem się i nie tylko. Bo póki co, nie jest. Szwendam się z jednego zakurzonego kąta domu, w drugi. I krew mnie zalewa, bo na lampie sufitowej dostrzegłam rozbujaną nitkę pajęczyny. Słońce bezczelnie próbuje wedrzeć się przez brudne okna do domu, a ja tylko mogę sobie na to bezradnie popaczać. Wiosenne porządki będą u nas mooocno opóźnione. Się mi zachciało porządków zdrowotnych, nie będzie porządków domowych.

A wiosna to już na całego przyszła. Bo boćki-sąsiady wróciły. Od wczoraj jeden osobnik koczuje w gnieździe, drugi jak w ukropie kursuje po okolicznych polach i łąkach, znosząc do bocianiego M-1 gałązki, suche trawy i co tam mu jeszcze w dziób wpadnie.

niedziela, 26 marca 2017

Bolibrzuch

Jestem sobie bolibrzuchem. Bolibrzuch wzbogacił się o cztery malutkie dziurki, ale niestety nie jest tak, że jak małe, to boli mniej. Boli na razie i owszę, najbardziej gdy się chce kaszlnąć, albo śmiać, więc nic śmiesznego proszę do mnie nie mówić. Trudny czas szpitalny za mną, ważny etap naprawiania Agi w toku.
W szpitalu, szczególnie na chirurgi, dociera do człowieka, jak niewymownie cennym darem jest zdrowie. Kiedy poocierasz się o dramaty, posłuchasz medycznych życiorysów, napatrzysz na ból, cierpienie i bezradność, to naprawdę cieszysz się, że masz tylko bolibrzucha z czterema dziurkami. Za góra 3 miesiące wrócisz do swojej zwykłej aktywności, po szpitalnym epizodzie zostaną właśnie te małe dziurki i już.
Na rabatach kwitną krokusy i w pąkach zwinięte hiacynty czekają słońca by strzelić kolorem i zapachem. Boćków naszych nie ma. Ale to już wiosna... to już ona!

poniedziałek, 13 marca 2017

Poniedziałek, co zrobisz...

Kolega służbowy wpadł na okienku do mnie i spłynął zwłokami na krześle tuż obok mego biurka.
- Błagam Aga, kawy, bo zejdę z tego świata.

Kolega jest młodszy ode mnie o dooobrą dekadę z hakiem, w posiadaniu ma synka w trudnym wieku - 2 lat, cudowną żonę, stale podnoszącą swoje kwalifikacje młodą panią weterynarz. Fajne, młode małżeństwo, w najbardziej rozpędzonym etapie życia.
- Mówię ci mam dość - się koledze ulało - Magda jest chora i za dwa tygodnie ma egzamin specjalizacyjny, nastrój ma taki, że łojezu. Synek w humorach, nowa opiekunka wprowadza swoje wychowawcze wizje, sprzeczne z naszymi. Moi rodzice rozpieszczają naszego małego, totalnie ignorując co mówimy. Dach w domu nam przecieka, a deweloper od grudnia nie jest w stanie do nas dojechać. I jeszcze muszę przeprowadzić sprawdziany w trzech klasach. Chcę już po prostu odpocząć. Chcę wiosny, walnąć się na zielonym trawniku, pod drzewem, z piwem w łapie i nic nie robić i o niczym nie myśleć.

Także ten, faceci też czasami mają te swoje ciężkie dni.

Pogadaliśmy troszkę, powczuwałam się w sytuację kolegi, powzdychałam, że czas szybko leci i zanim się obejrzy Syn nie będzie potrzebował jego stałej uwagi, Madzia zacznie odcinać kupony od swojej wypracowanej renomy doskonałego weterynarza-chirurga, a jego jedynym zmartwieniem będzie, aby mu brzuch od piwa i leżenia pod tym drzewem nie urósł.

- Chyba im odpuszczę dzisiaj ten sprawdzian – uśmiechnął się szelmowsko Karolus i z niebywałą energią zbiegł na dół do swojej pracowni. Także droga klaso 2b – ten luz na dzisiejszym sprawdzianie to poniekąd moja zasługa.

- Dzięki Aga za kawę, czuję, że żyję! – zawibrował mój telefon esemesm.

poniedziałek, 6 marca 2017

Jedyny raz...

Na BBC Earth oglądałam dokument o rodzinie Brytyjczyków, która porzuciła wygodne - pozornie - życie w cywilizowanej metropolii i przeprowadziła się do Ameryki Środkowej, gdzieś w buszu.
- Jesteśmy na tej planecie tylko jeden jedyny raz, więc warto postarać się, aby był to czas magiczny - powiedział ojciec tej rodziny i zapadło we mnie to zdanie mocno.
Co robię ja, aby mój jedyny czas dany na ziemi był magiczny, wyjątkowy, jedyny i niepowtarzalny?
I czy w ogóle COŚ?
Przesilenie wiosenne mnie dopadło. Przedłużające się przeziębienie osłabiło, zbliżający nieuchronnie pobyt w szpitalu drenuje dobre samopoczucie i chwieje poczuciem stabilizacji. Wzmaga obawy. Nie lubię takiego stanu zawieszenia, lubię czuć grunt pod nogami. Nawet kiedy pływam w jeziorze, świadomość głębi pode mną - niepokoi. 
Dziś w gabinecie szefa omawialiśmy jakąś ważną sprawę (ważną? na pewno?). Spoglądałam na duży zegar ścienny i jego przesuwającą się wskazówkę sekund. Jak ona szybko biegła! Jak bardzo jej było śpieszno. Jak bezlitośnie w jej biegu znikały kolejne chwile mojego życia...

czwartek, 2 marca 2017

Wirus

Także ten - czy wspominałam już, że z gór Marko z Jędrkiem oprócz zapasu oscypków przywieźli jakiegoś wrednego wirusa? Który to od tygodnia czyni czystkę w naszym zdrowiu. Najbardziej cierpiący był Jędrek, teraz dołączył do niego Michał. Ja resztkami sił ogarniam kuwetki - i w domu, i pracy. O dziwo najmniej dopadło Marka. Czyżby w jakiś szczególny sposób odkażał się na tym wyjeździe?
Po zimie ani śladu. Od kilku dni niewielkie ptaszki zasiedlają dwie budki lęgowe na naszych olchach. Lubię obserwować je przez okno w łazience. Zwykle podczas porannego szczotkowania zębów. Kiedyś w jakimś wywiadzie Maryla Rodowicz wspomniała, że nie zawsze lubi rankiem spoglądać w lustro, więc kiedy szoruje zęby obserwuje przez okno wiewiórki. No to ja ptaszki. Szczególnie, że wirus, który mnie dopadł bezlitośnie poniewiera moim wyglądem. Jak to mówią "z krzyża zdjęta" - tak się czuję i tak wyglądam. Zero energii i chęci do czegokolwiek. W wolnym czasie zaszywam się w sypialni pod kocykiem i czytam kolejne kryminały Bondy (no wzięło mnie), potem przysypiam. Czasami dla resetu gram w scrabble i staram się omijać wzrokiem upaćkane po zimie okna i rozwieszone przez pajączka nitki na lampie nad stołem.
Ale niech no tylko minie wirus, niech no ja tylko poczuję wiosnę w kościach! Się z tym wszystkim rozprawię!