środa, 5 kwietnia 2017

Mój cudny weekend

No nie wiem, nie wiem, czy pan doktor chirurg pochwaliłby mój weekendowy wyczyn, ale trudno. Nie zawsze ciało jest ważne, czasami dusza i psyche bardziej. A moja dusza i psyche potrzebowały odskoczni, wyrwania z trybików szarej rzeczywistości, odpoczynku od tu i teraz. I dlatego, być może nie całkiem rozsądnie, ledwie tydzień po operacji, dzień po zdjęciu szwów pooperacyjnych, zapakowałam swoje obolałe jestestwo w samochód (jako pasażer ofkors) i zdając się na mojego ukochanego, osobistego kierowcę, wybyłam het daleko, na północ, konkretnie na skraj Borów Tucholskich. Na coroczne spotkanie z przyjaciółmi i znajomymi królika. I nie żałuję ani minuty narażonego na szwank zdrowia, tym bardziej, że narażone tak bardzo nie było.
Nasz weekend spędzaliśmy w niesamowitym miejscu, Pałacu Jastrzębie, niedaleko Świecia, który to powalił nas swoim wystrojem i ogólnym anturażem radośnie budzącej się wiosny – kwiatuszki, wiewióreczki, żabki, bociany i inne ptaszki rozświergotane.


Nie wiedzieć czemu, chyba całkiem niechcący, dostał się nam apartament dla nowożeńców (hm… w tym roku obchodzimy 25-lecie ślubu – przypadek?). Z białym, bogato  rzeźbionym łożem rodem z filmów bollywood, ogromnym, że ze trzy pary nowożeńców by się zmieściło. Baldachimami, toaletką, siedziskiem w stylu rzymskim, lustrem ze złoconą ramą od ziemi po sufit, kryształowymi żyrandolami, dwoma tarasami, no po prostu rokoko, barok i Ludwik 148 (jeśli takowy byłby) razem wzięci. Mieszkać w czymś takim raczej bym nie dała rady, ale tak na chwilkę – i owszem – było cudnie. Cały Pałacyk był piękny, wnętrza niesamowicie urokliwe, otoczenie bajeczne.


Okoliczności sprzyjały integracji i szalenie miłemu spędzaniu czasu ze znajomymi. Uwielbiam te nasze coroczne spotkania. Wracam naładowana pozytywnymi emocjami, nasączona dobrymi, inspirującymi rozmowami. Wewnętrznie bogatsza. Tak jakby uśmiechała się moja dusza… Wybawiona za wszystkie czasy – nawet bolibrzuch się poddał i od śmiechu nie bolał za mocno. Chyba zaczyna wracać powoli do formy. Inna sprawa, że starałam się go dopieszczać i co jakiś czas zalegałam na bollywoodzkim łożu, by sobie bolibrzuch poleżał i się odprężał.


Podczas tego weekendu, Ogólnopolskie Stowarzyszenie Chorych na Łuszczycę „Psoriasis”, które jest mi z racji mojej choroby bardzo bliskie, świętowało jubileusz 10-lecia. Uroczysty wieczór był świetnie zorganizowany, miał dynamiczny, niesztampowy scenariusz. Oprócz wspomnień, przywołania historii oraz mniejszych lub większych osiągnięć, były przesympatyczne akcenty artystyczne, przy czym wyjątkowym okazał się pokaz młodego pana iluzjonisty. Było magicznie.
Stowarzyszenie rodziło się przed laty właściwie na moich oczach, być może też i z moim minimalnym wkładem. Choć samej trudno mi z różnych względów zaangażować się w pełni w jego działania, to staram się na miarę moich możliwości wspierać je i promować. Bo dobrze wiem, jak bardzo nam chorym potrzebne jest wsparcie… Szczególnie na samym początku choroby. Szczególnie, gdy choroba dotyka nas w wieku bardzo młodym, a w przypadku łuszczycy tak bywa najczęściej…
Podziwiam moich przyjaciół, którzy oddają Stowarzyszeniu tak wiele swojego czasu i osobistego zaangażowania.

Dziękuje Wam z całego serca za ten piękny weekend i za całe ostatnie 10 lat!

--------------------------

Fotki załączone do tej notki są autorstwa mojej przyjaciółki Eli, z którą spotkanie po kilku latach też było wyjątkowe…

2 komentarze:

  1. Ten apartament to zupełnie nie przypadek. 25 lat mówisz, Agnieszko? W życiu bym nie powiedziała, patrząc na Twoje zdjęcie! I kiedy to minęło, prawda...? Sama zadaję sobie to pytanie często, patrząc na moich chłopców... Życzę Ci, kochana, aby ta dobra energia jaką przywiozłaś z Borów Tucholskich została z Tobą na długo! Przytulam Cię, już świątecznie :)
    M.

    OdpowiedzUsuń
  2. Dziękuję Moniko :) Dobra energia trwa :)

    OdpowiedzUsuń