środa, 31 maja 2017

No to tak:

...słońce nie zgasło, ziemia nadal kręci się wokół własnej osi i oczywiście biega wkoło tego słońca. NFZ ma się dobrze, festiwale się jedne zapowiadają hucznie w telewizorniach wszelakich, inne odwołują, źli ludzie czynią zło innym ludziom. A dobrzy sieją dobro, tylko, że o tym to akurat mało się mówi, bo już dawno stwierdziłam, że dobro jest mało medialne. No chyba, że taki program, gdzie z ruin koszmarnych robią ludziom śliczne domeczki-pudełeczka. To akurat się sprzedaje. Jak i cała fura reklamowanych przy okazji rzeczy.

Po prostu życie się toczy. Dziś jest tak, jutro inaczej. No i fajnie.

Ostatnio, na kajakach, kolega Darko, pokrzykiwał co i raz: "Nie bój się zmian na lepsze!", bo Darko zwykle na kajakach, w sprzyjających okolicznościach przyrody, nastraja się filozoficznie. Zapamiętałam to sobie, no bo kilka zmian na horyzoncie się szykuje. Niech będą więc na lepsze, niech się ich nie boję. Nie boję zmian. Nie, nie i już.
Wiecznie zamartwiająca się na zapas część mnie, szepcze mi w ucho "a jak wcale nie okażą się na lepsze?", więc pstrykam w ucho tę szepczącą złowrogo jędzę i pędzę podziwiać moje orliki, bo powoli kończą już czas kwitnienia.
Może przy okazji nie zeżrą mnie komary, bo dopisały w tym roku i owszem.
 

wtorek, 23 maja 2017

Łuszczyca - nienawidzę tego słowa

Właściwie tydzień wystarczył, aby zapomniana na rok choroba, dała o sobie znać. Wróciła wiosna, wróciło słońce, idzie lato, i choroba rozpoczęła marsz po moim ciele. Nawrót choroby jest zawsze bardzo trudny. Leczenie biologiczne pozwala zapomnieć o trudach, upokarzającym wyglądzie skóry. Dopada mnie też bezsilność konfrontacji z obowiązującymi w NFZ procedurami leczenia osób z ciężkim przypadkiem łuszczycy – do którego się zaliczam od kilku lat. Program leczenia zakłada roczne przyjmowanie leku. Po tym czasie jest przerywane. Aby powtórnie się do niego zakwalifikować, objawy choroby muszą się znacznie, znacznie nasilić. W praktyce wygląda to tak, że przez kilka miesięcy moja skóra absolutnie nie nadaje się do eksponowania, boli, swędzi. Niestety według NFZ obraz choroby jest niewystarczający do kontynuowania leczenia. Jest to bardzo, bardzo upokarzające dla pacjenta. Trudno się z tym pogodzić. Na nowo muszę budować w sobie siłę i wiarę, że będzie lepiej. Zderzać się z codziennymi niby-drobnostkami – na przykład szukać przewiewnych, ale maksymalnie zakrywających ciało ubrań.

Na pierwszym w tym roku spływie kajakowym przełamałam się i nie zakrywałam rąk, które już bardzo silnie naznaczone są zmianami chorobowymi. Choć spotkałam się ze zrozumieniem innych uczestników spływu, to i tak starałam się omijać wzrokiem zarówno swoją skórę jak i ich wzrok, mimowolnie padający na moje ręce. Jak bardzo mi w takich sytuacjach przykro, że już tyle lat muszę zmagać się z tą chorobą. Jak silnie odczuwam wówczas bezcenną wartość zdrowia… Jak bardzo wówczas pragnę po prostu zdrowej, gładkiej skóry.

poniedziałek, 15 maja 2017

Ani słowa o pogodzie :P

Zaraz po poprzednim wpisie, pełnym zachwytu nad pięknym majem, nadejszedł maj, któren to zapewne na najbliższe lata zostanie zapisany w pamięci potomnych jako... ten, w którym śnieg zaległ na rozkwitłych kwiatach tulipanów. I jako ten, w którym nie zakwitły maturzystom kasztany. A i bez, takoż – w każdym razie ten na mojej posesji. Ja zaś zapamiętam dodatkowo, że od 8 do 10 maja pomykałam do pracy w ZIMOWEJ kurtce, czapce i rękawiczkach. Tadaaam, kurcze blade.
I to byłoby na tyle, jeśli chodzi o komunikaty pogodowe.
Mam tylko nadzieję, że już po (zimnej) Zośce i tych wszystkich "ogrodnikach", nastanie ciepło, ciepło, CIEPŁO! Bo planujemy pierwszy spływ kajakowy w tym roku. Nóżkami przebieram i szykuję formę.

A, i jeszcze chucham i dmucham na mój miniaturowy ogródek ziołowy, który wydzieliłam z warzywnika. I, do którego ochoczo lata Fafik, z zamiarem po(d)lewania. Przeganiam go, ale kto tam wie, co robi jak nie widzę?

Jutro imieniny naszego Jędrzeja, więc przymierzałam się do upieczenia jakiegoś ciasta. Imieniny u służbowej kuleżanki Zofiji natchnęły mnie - zrobię sernik na zimno z mascarpone i bitą śmietaną. Oszmatkobosko jakie to dobre. I bez pieczenia! I pal licho kalorie.

Syn Jędrzej to się teraz już nam zrobił dorosły chłop. Przez to, że to nasze młodsze dziecko, zawsze był dla mnie Jędrusikiem, Jędruszką. A on stał się Jędrzejem. Nie wiem kiedy nawet. W pewnym momencie dzieci powinny mieć zakaz szybkiego dorastania.
Za 4. miesiące Jędrzej skończy osiemnaście lat. To nieprawdopodobne jak dzieci niespodziewanie dla rodziców, stają się takie... coraz bardziej niezależne. To fascynujące móc jakby na nowo poznawać swoje dziecko, jako człowieka pewnego swoich poglądów, opinii. Widzieć w nim dorosłego partnera, choć wciąż w pamięci mieć zachowany obraz jego niemowlęcej bezradności.
Bardzo lubię moich Synów. To, że ich kocham to wiadomo. Ale poza tym, zwyczajnie lubię ich, jako po prostu fajnych ludzi, chłopaków. A raczej już... facetów... łomatko!


sobota, 6 maja 2017

I wreszcie przyszedł MAJ

Ach, ach! Pierwszy w tym roku piękny, słoneczny, CIEPŁY poranek z kawą na tarasie. Pierwszy poranny obchód ogródeczka z Kicią. Dzięcioł ostukuje olchę, para szpaków uwija się przy karmieniu potomstwa w budce lęgowej. Bocian kursuje ponad pastwiskiem, fruwają motyle i wreszcie słychać pracujące pszczoły. I ptaki, całe mnóstwo świergoczących ptaszków. Mniszek rozpanoszył się w trawniku. Majowa wiosna.




środa, 3 maja 2017

Maj jaki jest każdy widzi

Mój kambek po eLcztery do pracy naznaczony był ogromem pracy – tej bieżącej i oczywiście zaległej, którą ledwo liznęłam w trzy robocze dni przedmajówkowe. Ale po wielkiej majówce wracam i nadrabiam.
Majówka zimna jak diabli – która to już z kolei? Pamiętam jeszcze kilka lat temu, po przerwie majowej zwykle wracałam do firmy już opalona pierwszym słońcem, a teraz… brrr… zimno. Krzewy bzu zwykle o tej porze już kwitły, a teraz cały czas mają skulone pączki. Rosłe kasztany nie zdążyły obsypać się kwiatami przed maturą. Nawet mniszek, który zazwyczaj ozdabia zielone łąki żółtymi plamkami swoich łebków, teraz niemrawo gdzieniegdzie ledwo je wychyla.
Majówka przebiegła u nas wg schematu, który lubię – najpierw urodziny Michała, później cudowne, tradycyjne spotkanie z przyjaciółmi (choć z racji dupnej pogody zmuszeni byliśmy siedzieć w chałupie). Dalej - zakładanie warzywnika, czyli ogródkowe sianie, sadzenie. I wreszcie lenistwo. Czyli scrabble, czytanie książek, oglądanie filmów, łażenie po łąkach, pomimo tego, że zimno i na przeciwpowodziowym wale straszą tabliczki z ostrzeżeniem o odstrzale dzików w pobliskim lesie. Jak na razie jeszcze żadnych strzałów nie słyszałam. Dzików też nie widziałam, ale już zryte przez nie łąki i pola - tak.

A jutro rozpoczyna się matura. Bardzo lubię ten czas – może z racji pracy, bliskości maturzystów? Trzymam kciuki za „moich” i w ogóle za wszystkich :)

A za rok maturzystą będzie nasz Jędrzej…

Maj to zawsze magiczny czas. Nawet gdy straszy zimnem, tak jak tegoroczny.
Jest piękny mimo wszystko.