sobota, 17 czerwca 2017

Taki stan...


Ostatni weekend przed wakacjami. Siedzę na tarasie, piję kawę z mlekiem i olejem kokosowym (taki dietetyczny i ponoć zdrowotny hicior, dodam, że naprawdę smaczny, co dla mnie samej było zaskoczeniem). Pada deszcz, ale taki delikatny i bardzo, bardzo cieplutki. Drobny deszcz – dobrodziej dla kwiatków, trawki i inszych badylków. Marko uznał, że taka pogoda jest idealna na mycia samochodowych wycieraczek, więc szoruje je zapamiętale.

W sumie to ja jestem zadowolona, że ta wiosna ma więcej dni chłodnych niż upalnych. Wiadomo – gdy choroba decyduje o moim ubieraniu się, zdecydowanie wolę gdy jest chłodniej – nie muszę odpowiadać na to znienawidzone przeze mnie pytanie: „nie gorąco ci?”. Dziś niejaka nadzieja na możliwe leczenie zalała moje serce – napisał do mnie mój lekarz dermatolog i wyznaczył wizytę całkiem szybciutko.

Ale weekend to mógłby być gorący… Uwielbiam miejsce, w którym mieszkam właśnie za odsunięcie od całego świata. No, kilku sąsiadów jest, tak by człowiek nie zdziczał, ale duży teren wokół domu daje mi swobodę. Mogę chodzić rozebrana do gatek i nikomu nic do tego, że moje ciało „zdobi” choroba.
Ale koniec już rozmemłania z powodu choroby. Jest ze mną przez większą część życia, i choć nigdy, przenigdy jej nie zaakceptuję, to żyć muszę – najlepiej radośnie i twórczo.

W środę, przed Bożym Ciałem, zapłonął wreszcie stos nagromadzonych w kręgu na ognisko gałęzi i drewna. Odwiedziło nas całkiem spore stadko znajomych i jak zawsze był to magiczny czas. Zachowuję w pamięci te fajne chwile i piękne emocje…
Niech trwa ten stan, ten taki miły stan…



1 komentarz:

  1. Ostatnio bliska mi osoba powiedziała, że słyszała wywiad w którym, było powiedziane, że olej kokosowy jest najgorszym z możliwych, ale ja się nie znam, kawę lubię gotowaną, albo z ekspresu z kroplą mleka. I jest także opcja z miodem.

    OdpowiedzUsuń