niedziela, 20 sierpnia 2017

Faceci w kuchni cd.

Po upalnych i bardzo suchych dniach świat spłynął rzęsistym deszczem i bardzo dobrze, bo nasz trawnik i wszystkie dookoła zaczęły przypominać wysuszony step szeroki. Tylko szkoda, że trafiło na niedzielę. Ubrana w przeciwdeszczowy płaszczyk skoczyłam do warzywnika po cukinię i rukolę – wróciłam przemoczona, jakby te warzywka rosły pod prysznicem. Rodzina ukołysana szumem deszczu przesypiała w najlepsze smętny niedzielny poranek, więc mogłam w spokoju przypomnieć sobie ekranizację „Ani z Zielonego Wzgórza” i porównać z nową wersją szeroko reklamowaną w internetowych platformach – no cóż z pewnych historii nie wyrasta się.

A później powędrowałam uliczkami Lublina z lat 30-tych, retro kryminalną ścieżką wydeptaną przez Marcina Wrońskiego ("Morderstwo pod cenzurą"). Pana Wrońskiego wrzucam do autorów, których twórczość koniecznie muszę poznać w całości. Tym bardziej, że to niejako nasz krajan. I niemalże rówieśnik.

Luzik od prac domowych zafundował mi Marko, który uznał, że deszczowa niedziela jest najlepszym czasem na jego kolejkę męskiego gotowania w naszym domu. Zarówno on jak i synowie doszli do wspólnego wniosku, że gotowanie nie jest trudne, phi..., żadna filozofia. Przy okazji podczas takiego gotowania wychodzi natura każdego z nich. Michał, świeżo upieczony (nomen omen) inż. trzyma się ściśle przepisów, wszystko robi z wagą kuchenną. Dla Marko, w którym drzemie artystyczna, wolna dusza, przepis to baza, którą traktuje jako inspirację. A Jędrek…, a Jędrek wyznaje proste rozwiązania. Kiedy nadeszła jego kolejka gotowania chciał nas uraczyć makaronem z białym serem. Cóż, fajne danie, ale czy rozwijające?

- Jak nie umiem gotować to nie będę nagle wymyślał jakiś udźców w sosie po estońsku, czy jakieś inne duperele – burknął Jędrek.

Ratując więc rodzinę przed makaronem z serem i powodowana wyrzutami sumienia, że dziecka nie nauczyłam gotowania, rzekłam:

- Okej Jędrek, nauczę cię najprostszego dania świata – spaghetti bolognese.

I syn ugotował. I było pyszne, i Jędrek pod nosem się uśmiechał.
A dziś wszystko zrobił Marecki. Sam wynalazł przepis. Była pierś z kurczaka w ziołach ogrodowych pieczona z ziemniaczkami w plasterkach. Niby nic specjalnego, ale pyszne i wykwintne :)

Chciałoby mi się zamieścić jakieś fajne zdjęcie tych moich facetów w garach, ale mam zakaz. Jakoś nie mają parcia na szkło. I medialna sława im nie w głowie. Szkoda bardzo. Tak więc zostawiam tylko pizzę (tuż przed wjazdem do piekarnika) zrobioną jakiś czas temu wspólnymi siłami synów dwóch i dzisiejszy obiad Mareckiego.
A jutro co? Jutro szara rzeczywistość, gotuję ja 😁




wtorek, 15 sierpnia 2017

Spokojnie

W ciągu dnia po błękitnym niebie snują się leniwie drobne obłoki. Na miejscami mocno wysuszonym trawniku wyleguje się Faf. W cieniu, tuż obok mojego leżaczka. Marko rzeźbi kolejnego ogrodowego woja. Otulają nas spokojne dźwięki jazzu, bo tego lata nieustannie słuchamy klasyki tego gatunku.
Jest spokojnie. Zwyczajnie. W bliskości na wyciągnięcie ręki, na spojrzenie, na dotyk, na uśmiech...
Tak jak lubię.

Ja od czasu do czasu z zachwytem – nie wstydzę się tego – spoglądam na swoje ciało powoli uwalniane od choroby. Opalone, coraz bardziej gładkie. W sam raz, aby założyć czekoladową sukienkę z plecionymi ramiączkami.

Na początku sierpnia wreszcie doczekałam się pozytywnej decyzji komisji kwalifikującej do leczenia biologicznego. 9 sierpnia przyjęłam pierwszy zastrzyk, który już przynosi efekty. Niewiarygodne! Moja skóra staje się gładka, normalna, a ja spokojniejsza. Łatwiej będzie mi teraz skupić się na nowych wyzwaniach jakie przyniesie nowy rok szkolny, który już skubaniec zaczyna deptać po piętach.

Ale nie, nie, nie!!! Jeszcze o tym nie myślę! Jeszcze chcę smakować lato. Wieczory, choć już krótsze, to jednak wciąż pachną wspomnieniem gorącego dnia. Grają świerszcze, spadają Perseidy. Niech to wszystko wciąż trwa…


piątek, 11 sierpnia 2017

Przetwórstwo ziołowo-warzywne (part 1)

Lubię robić przetwory przed domem na wolnym powietrzu. A właśnie zaczyna się czas mojego ulubionego ziołowego-warzywnego przetwórstwa. Pomidorki już tanieją, papryka powoli też, lada moment zacznę pomidorowo-paprykowe szaleństwo. Póki co odkryłam w nieocenionych internetach przepis na pikle mojego dzieciństwa. Smak taki, jaki wychodził spod ręki Taty. Tata przepis miał w głowie, przepis przepadł wraz z odejściem Taty… Później próbowałam różnych cudów wianków (w tym ohydnych moim zdaniem ogórków w musztardzie, którymi swego czasu wszyscy się zachwycali). I wreszcie w powodzi internetowych przepisów znalazłam przepis właśnie TEN! Na pikle smakujące moim dzieciństwem. Tata kroił je co prawda wzdłuż, ja wybrałam bardziej poręczną opcję w szerz. Wychodzą małe, na jeden kęsek piklowe łódeczki ogórkowe.

Niestety bazylii Tata nie przerabiał, zresztą w czasach mojego dzieciństwa takich "ekstrawaganckich" ziół nie używało się. Był koperek, natka i właściwie tyle. A, że kocham bazylię, oczywiście świeżą, szperałam tu i tam, jak tę bazyliową świeżość zachować na zimowe dni. I chyba znalazłam, okaże się w praniu, a raczej jedzeniu. Bo w moim miniaturowym ziołowym ogródeczku obrodziła bazylia. Gorzej z oregano, że o kapryśnym majeranku nie wspomnę. Choć i tego kilka krzaczuszków jest. Przepisy zawsze troszkę „podkręcam”, dosmaczam po swojemu, ponieważ lubię smaki wyraziste, esencjonalne.

Tak więc nadmiar bazylii posiekałam, wymieszałam z niewielką ilością oliwy, pozawijałam w ruloniki w folii i poszły się mrozić w zamrażarce. Reszta czeka na pomidory, by wespół w zespół stworzyć obłędny sos pomidorowy z bazylią, cudny jako baza do sosów.


A pikle zrobiłam według tego przepisu KLIKLU KLIKU KLIK, nieznacznie go zmieniając (dodałam do ogórków plasterki czosnku i pełną szklankę cukru). Polecam :)


wtorek, 1 sierpnia 2017

20 minut, albo tuż za zakrętem

No to po kapryśnym pogodowo lipcu mamy piekarnik. W domu 26 stopni, termometr na tarasie północnym wskazuje mordercze 34 o 11 przed południem, woda w basenie 29.

Początek upalnych dni spędziliśmy na cudnej wyprawie kajakowej. Kameralnej, bo tylko na pięć kajaków. Leniwe dryfowanie nurtem rzeki, a czasami wiosłowanie ile sił w ramionach, no bo po pewnym czasie każdemu było śpieszno do przystani z lodami i inszymi zimnymi napitkami, hm, hm... Wylegiwanie się na piaszczystej plaży, kąpiel w orzeźwiającej wodzie, ściganie z pływającymi kaczkami i podróżująca na gapę na nodze Ani ważka. A po finiszu - bajeczny grill i ognisko nad brzegiem Wieprza, rozmowy i śmiechy w oszałamiającej poświacie pomarańczowo zachodzącego słońca, gitarowy koncert, a w oddali gdzieś akordeonowy. Cudne emocje, piękne chwile, zrodzone przy okazji powiedzonka (Daleko jeszcze do tej przystani? I cały czas było albo już za tym zakrętem, albo za 20 minut). Chowam to wszystko w pudełeczku z miłymi wspomnieniami na jesienne i zimowe, krótkie dni.