czwartek, 28 września 2017

Migawki na szybko

Donoszę uprz..., że żyję i to na pełnych obrotach, dlatego jak widać, na blogu mnie nie widać.
A, że wpis po dłuższej przerwie, to będzie taki troszkę z kroniki życia codziennego.

Jak łatwo się domyśleć, wrześniowe dni pożera mi praca, a od października będzie jeszcze gorzej. Bo gdyż ponieważ zaczynam nową, dodam, że dodatkową, pracę. Minusem dodatkowej pracy jest znaczne skurczenie limitu czasu wolnego, ale plusem dodatnim (jak mawiał klasyk - wiadomo) są zwiększone wpływy na konto. I właśnie te wpływy pełnią w tym momencie moją motywację i robią za motorek. Poza tym, nowa praca jest niejako spełnieniem moich zamierzchłych marzeń z dzieciństwa i wczesnej młodości o pracy... w bibliotece.
Tak, to był ten czas, kiedy wydawało się mi, że praca bibliotekarki jest taka uduchowiona – świat książek, ciszy, szeptów, szelestu przewracanych z nabożeństwem kart, świat marzeń i wyobraźni, niepowtarzalnego zapachu półek z woluminami. Niestety ów idylliczny obraz, to tylko wierzchołek góry lodowej. Potwór kryjący się pod powierzchnią to papierzyska, dokumentarzyska, statystyka i ogólnie mało fajne rzeczy. Ale ogarnę to wszystko, wiem, że tak. Będę bardziej szanowała i ważyła godziny czasu wolnego, bo czasami totalnie rozmieniam go na drobne. Nowa fucha wymagała dodatkowego dokształtu, co czyniłam przez cały ubiegły rok. Drenując tym samym finanse rodzinne, ale co zrobić. Nauka, jak się okazuje kosztuje.

Kolejna karta w tym moim kronikarskim wpisie, ma na imię JĘDRZEJ. A dokładniej: SYN Jędrzej. Któren to kilka dni temu pożegnał wiek małoletni i został dorosłym człowiekiem. No, w każdym razie takim, co nosi w portfelu dowód osobisty. I z chwilą ukończenia lat osiemnastu, nabył przebogaty wachlarz praw (wersja Jędrzeja) i obowiązków (wersja matki i ojca).
Strasznie dziwne uczucie - mieć już tylko dorosłe dzieci. Szczególnie, że Jędrek, jako młodszy od Michała o ponad 6 lat, zawsze wydawał się mi taki niuniuś, Ondraszek, Jędrulek malutki. A tu nie ma tak! 
Oby dorosłość Jędrka nie rozczarowała, oby mógł rozwinąć skrzydła i lecieć tam, gdzie tylko chce, by móc realizować swoje marzenia i żyć jako człowiek spełniony. Tego mojemu Synowi życzę, obok najważniejszego życzenia: aby był zdrowy. A akurat teraz, to życzenie na czasie, gdyż właśnie dziś, skądinąd przemiły i mam nadzieję, dobrze znający swój fach chirurg, zrobił porządek z przegrodę nosową Jędrka. Dziecko obolałe, biedniutkie... Serce matki skrojone na tysiące kawałków. I cóż po świadomości, że to zabieg tak naprawdę mający na celu poprawę komfortu jego życia. Bo z mocno pokrzywioną przegrodą może i da się żyć, ale za łatwo nie jest. 
Ale jutro będzie lepiej!

Co by tu jeszcze w temacie kronikarskim?

No grzyby były w lesie, to nagromadziliśmy spory zapas. 
Pies nam międzyczasie mało był nie zszedł, bo znowu jakiś porypany kleszcz raczył zarazić go babeszjozą.
Dzięki wznowionemu leczeniu biologicznemu zapomniałam o łuszczycy. Skóra piękna, gładka, ech… chce się żyć!
Trener na crossficie daje wycisk, że aż miło. I jak się człowiek tak mocno, mocno, baaardzo mocno przypatrzy, to efekty tegoż mojego tyrania na salce treningowej da się przychylnym okiem dostrzec. Ale przecież to dopiero początek :P
I za kilka dni, za dni parę jedziemy na łykendowe spotkanie z przyjaciółmi i będzie to taki fajny akcent luzu, przed nadchodzącymi, zapracowanymi dniami...

I tak o. Kręci się.

Ps. A wpis niech zdobią dwie fotki mojego młodszego syna – niespełna dwuletniego (zrobione lata temu na Mazurach, zgodnie z zamysłem: dziecko brudne, dziecko szczęśliwe) i prawie osiemnastoletniego (zrobione przed naszym domem).



wtorek, 12 września 2017

Mam tę moc! Mam tę moooc!

No właśnie. Mam moc.

Kalendarza nie oszukasz. Wrzesień przylazł, wciągnął, pochłania, miele przez maszynkę codzienności i powoli wypluwa. Ale już jak człowiek się rozpędzi to jedzieee, na tej hulajnodze, bez trzymanki i bez zatrzymywania. No chyba, że stopuje, aby:
  • sprawdzić, czy grzyby są (są, ale jakoś nie w tym lesie, do którego jeździmy. Kilka prawdziwków okazałych znaleźliśmy i jeden ozdabia ów wpis)
  • poczytać kolejnego Wrońskiego. Tym razem „Skrzydlata trumna” – fajnie się czyta, bo jak już kiedyś wspomniałam, Wroński, akcje swoich retro kryminałów z komisarzem Maciejewskim Zygą w roli głównej, osadza w moim ukochanym okresie międzywojennym (choć w tym przypadku tylko częściowo), plus w troszkę moim (choć może nie kochanym, ale znanym mi dobrze) mieście Lublinie, 
  • pobawić się w przetwórstwo warzywne (na tapecie sos paprykowy). 
Do tysioncapińcet spraw w tygodniowym harmonogramie, dołożyłam sobie dobrowolnie i dodam, że z radością i zapałem, powrót na treningi crossfitu! Zaskoczeniem było dla mnie to, że organizm tak całkiem nie zapomniał trudów treningów, chociaż ostatnio na sali byłam - o zgrozo! - 7 miesięcy temu! Przeczołgana przez trenera dawałam radę! Wszystkie powtórzenia zrobione, zero przestojów. Jestem zadowolona i pełna energii.
Nie mam pojęcia jak zgram je czasowo z codziennym grafikiem, szczególnie od października, kiedy wydłuży mi się tydzień pracy, ale przecież MAM TĘ MOC, więc dam radę!

ps. A o tym dlaczego tydzień pracy się wydłuży, a raczej rozciągnie, jeszcze napiszę, bo to w sumie fajna wiadomość dla mnie i całkiem nowe COŚ :)


piątek, 1 września 2017

Leniwie...

Leniwe poranki, beztroskie nieplanowanie codzienności, przesiadywanie pod gwiazdami, spontaniczne wieczory z przyjaciółmi przy świecach, słuchanie jazzu na tarasie, bujanie w obłokach i na hamaku – wszystko to powoli pakuje się w walizeczkę wraz z wakacjami i wyjeżdża na cały rok. Ostatnie dni były intensywne towarzysko (kolejny spływ kajakowy, nocne kąpanie w basenie, spotkania, yh…), a teraz to co? To trzeba wskakiwać w kierat i dawaj do przodu! Aby do kolejnego lata!
Ale jeszcze łapię łapczywie te letnie dni.
Oddycham ciepłem, być może ostatniej takiej nocy.

I słucham świerszczy…