wtorek, 23 stycznia 2018

I po studniówce

Rzadko mam teraz wolne przedpołudnia. Właściwie to tylko jedno – w piątek. Bo wtorkowe i czwartkowe przeznaczam na treningi – nie opuściłam od września ani jednego! Właściwie więc powinnam to jedno, jedyne piątkowe, poświęcić na nadganianie spraw odkładanych, zaległych, a ja po prostu przeznaczam ten czas na nicnierobienie. Na wspominanie na przykład. Na przyjemności dla siebie.
W miniony piątek naszło mnie na wspominanie studniówkowe. Bo oto dotarliśmy do studniówki Syna młodszego. A jeszcze niedawno była studniówka Syna starszego, a tak jakby ciut wcześniej moja i tydzień później Marka. Z namaszczeniem wyprasowałam śnieżnobiałą koszulę Jędrka, spoglądałam na granatowy garnitur i obmyślałam mocowanie kwiatka do butonierki. Bo Jędrek postanowił wyróżniać się na swoim balu i jako jedyny mieć kwiatek w butonierce. Koniecznie świeży, bo sztuczny to obciach. Okazało się, że chłopaków z kwiatkiem w klapie było więcej, ale tylko Jędrek miał zamocowany prawidłowo – a wszystko dzięki blogowi Pana Jana Adamskiego, który polecam początkującym młodym gentlemanom i ich mamom ofkors.
Gdy Syn młodszy bawił się na swoim pierwszym balu, ze swoją uroczą koleżanką, my z Marko siedzieliśmy w zaciszu domowym, przy kominku i trenowaliśmy rodzicielstwo pustoszejącego gniazda (filmy, czytanie książek i rozmowy o tym, że już niedługo czeka nas więcej takich wieczorów we dwoje). Jędrek ze studniówki powrócił o poranku, a więc zabawa była udana, a tradycja rodzinna zachowana. Poopowiadał nam w skrócie jak było (polonez nadspodziewanie super, a tyle było z tym zachodu), pooglądaliśmy pierwsze fotki, w tym arcyzabawne z fotobudki i poszliśmy wszyscy jeszcze odsypiać. Jędrek szaleństwo studniówkowej nocy, no a my zapracowany tydzień.


piątek, 19 stycznia 2018

Równowaga

Równowagi potrzeba we wszystkim. Także w spoglądaniu w trzech kierunkach, które składają się na nasze życie: przeszłość, przyszłość i teraźniejszość. Nie można całkowicie zapomnieć o przeszłości, ale też nie można nieustannie pędzić ku przyszłości i wreszcie niebezpieczne może być życie tylko i wyłącznie tym co tu i teraz. Równowaga. Z przeszłość czerpać dobre wspomnienia, starać się zapomnieć o urazach i złych rzeczach, które nas raniły. Doceniać tylko o tyle, o ile wzbogaciły nas i wzmocniły. Przyszłość, to nasze plany, marzenia. Teraźniejszość to niesamowity dar, bo możemy sami ją kształtować.

Dąż do tego co w oddali, zachwycaj się codziennością – tak kiedyś nazwałam swój blog. Nie wymyśliłam tego zdania. Samo do mnie przyszło i zawładnęło mną, a ja się w tej myśli zakochałam i przywłaszczyłam. To było kilkanaście lat temu, szłam jakąś ruchliwą ulicą, a to zdanie było wypisane kredą na tablicy reklamowej obok sklepu z pamiątkami. Nie wiem, kto był autorem, ale bardzo za to zdanie dziękuję. Bo tak właśnie chcę żyć – iść przez życie wciąż dalej i dalej, nie zaniedbując tego, co spotyka mnie po drodze każdego dnia. Trudne chwile niech budują we mnie siłę, pozwalają docenić szczęście jakim jestem obdarzona – moim Markiem i moimi Synami. Radosne i dobre momenty niech umacniają we mnie optymizm.

Obserwacja ryżu w trzech słoikach trwa. A raczej w dwóch, bo trzeci, zgodnie z zasadami eksperymentu, ignoruję. Na razie z ziarenkami nic się nie dzieje szczególnego. A czy „odbierają” moje pozytywne i negatywne myśli? – nie wiem.

- A tobie nie jest żal tego ryżu, co mu mówisz, że go nienawidzisz? – pyta Marko. I coś w tym jest, bo faktycznie jak tak mu nawtykam od debili znienawidzonych, to troszkę zaczyna mi go być żal. Tego ryżu ;)

- Mamo, ale jak gadasz do tych słoików, to nie zakłócaj przepływu energii i stój zawsze na wprost tego, który masz na myśli, a nie tak po środku - rzekł z wyczuwalną ironią Jędrek, który zgłębia zawiłe tajniki fizyki na poczet przyszłego egzaminu maturalnego, mam prawo ufać, że o przepływie energii wie dużo. A na pewno więcej niż ja.

Także mój eksperyment odbywa się pod zaciekawionym okiem rodziny.

sobota, 13 stycznia 2018

Co może powiedzieć ryż w słoiku?

Taka ciemna ta zima-nie-zima. Mroczne poranki, mroczne niby-dni. Naprawdę bardzo niekorzystanie odczuwam wszechobecną ciemność.

A ja tak, bardzo, bardzo potrzebuję teraz światła. Jasności. Światła, które jest życiem, radością, witalnością. Wiary, że wszystko będzie proste, a to co poplątane się rozsupła. Chcę wierzyć, że wszystko zależy od nas samych, i że mamy wpływ na to, aby wszystko toczyło się w naszym życiu dobrze...

Może to głupie, ale od jakiegoś czasu przymierzam się do pewnego eksperymentu. Sama sobie się dziwię, że tak mnie to chwyciło, i że teraz o tym napiszę:
wyczytałam w książce, a później blogu pisarki Agnieszki Olejnik, o "teście ryżu", który może być sprawdzianem na to, że nasze dobre i złe myśli mają... nie wiem... moc? siłę? coś znaczą? W skrócie: trzeba ugotowany ryż przełożyć do trzech słoików, zalać niewielką ilością przegotowanej wody, na jednym słoiku przykleić karteczkę „Kocham cię ryżu”, na drugim karteczkę przyklejamy czystą, a na trzecim piszemy „Nienawidzę cię ryżu”. Następnie słoiki odstawiamy w jakieś spokojne miejsce, ale tak, aby mieć te słoiki cały czas na oku.

I teraz tak - kilka razy dziennie patrzymy na słoik z ryżem, co to ma napisane, że go kochamy, i uśmiechamy się do niego, w myśli przesyłamy mu miłe słowa: „cześć kochany ryżu, życzę ci miłego dnia” i takie tam pierdoły motywacyjne. Do trzeciego zaś wysyłamy negatywne emocje: "spadaj, mam cię gdzieś, jesteś głupi, nienawidzę cię". Ryż z naklejoną czystą karteczką omijamy wzrokiem i myślą, ignorujemy go. Ponoć ryż "zaopiekowany" naszą pozytywną myślą nie psuje się w takim stopniu jak ten, do którego kierujemy złe myśli. Ponoć różnica jest zauważalna.

Sama sobie się dziwię, że to piszę, ja racjonalistka, odporna na takie czary-mary, pomimo pierwiastka romantyzmu, który niezłomnie dzierżę gdzieś w sercu od urodzenia. Nie mam pojęcia dlaczego akurat to do mnie przemówiło? Może tak bardzo potrzebuję właśnie teraz, w tym momencie swojego życia pewności, namacalnego dowodu, że jednak nasze myśli, emocje, wewnętrzna energia mają moc sprawczą?

Więcej informacji (wraz ze zdjęciami ryżu w słoikach) znajdziecie na blogu pisarki, pani Agnieszki Olejnik: Niesamowite, niemożliwe – a jednak! O pewnym eksperymencie.

Jestem świadoma, że to zabrzmi głupio, i że przez najbliższe tygodnie rodzina będzie patrzyła na mnie z niepokojem, czy aby matka ma dobrze pod sufitem, ale trudno:

Idę gotować ryż!

ps. Bo trzy jednakowe słoiczki przygotowałam już wczoraj ;) 
 

piątek, 5 stycznia 2018

Na mecie i starcie

Na mecie każdego roku zawsze staram się z niego wyłuskać dla pamięci tylko dobro. Zapomnieć o smutkach, jakiś tam przeciwnościach, które przecież nikogo nie omijają. Chcę kończyć każdy rok optymistycznie i pełna dobrych wspomnień budować w sobie nadzieję na dobre dni Nowego.

Rok 2017, który już kilka dni temu ze spakowanymi walizkami różnorodnych wydarzać, zrobił odjazd do krainy „było-minęło”, był dla mnie dobry. Zaczął się co prawda problemami zdrowotnymi, ale udało się je szybko i sprawnie rozwiązać.

Nadzieja związana z obietnicą dodatkowej pracy nie okazała się płonna. „Papierek” świadczący o ukończeniu studiów podyplomowych (kolejnych już w mojej karierze pracownika oświaty) zaowocował dodatkową pracą, która dawno temu, na starcie w dorosłe życie, była moim marzeniem. No a teraz jest źródłem pieniążków extra. Co cieszy, bo nie czarujmy się – za darmo jakoś nikt kasy na konto przelewać nie chce.
Przynajmniej na moje ;) A wydatki wciąż rosną i rosną. Dobra zmiana, jak się okazuje, jest kosztowna. Ale nie, nie bez polityki, bo ta mnie akurat nie interesuje. W przeciwieństwie do mojej kuleżanki Graż, która z prawdziwą ekscytacją śledzi wszelkie możliwe źródła wiadomości o polskiej i europejskiej scenie politycznej, przy czym szczególną estymą darzy te, co to (ponoć) głoszą prawdę, prawdę, i tylko prawdę. Słowo na literę „g” pomijam, gdyż jak wspomniałam polityką się nie interesuję, więc co ja tam mogę wiedzieć.

Ojej, ale miało być kilka słów o zeszłorocznych dobrych zmianach w moim małym, rodzinnym wszechświecie, a zeszło, jak to u Polaków, na politykę.

No to kolejną dobrą zmianą w mojej rodzinie było to, że syn dorosły dorobił się przed swoim nazwiskiem tytułu inż. i kontynuuje starania o kolejny, tym razem mgr.

W nowym roku, tym co już wystartował, dalej będzie u nas dominował trend (dobrych) zmian. No bo Jędrek będzie miał maturę, no bo będzie musiał wymyślić, co tam dalej chce ze swoim życiem robić, no bo pewnie po nauki pojedzie, tak jak Michał, do miasta dużego, pewnie do stolicy. A my z Mareckim zostaniemy dwa bidulki same, w domeczku na włościach z piesełem, kotełem i uroczymi okolicznościami przyrody.

I oby nam się dobrze działo, obyśmy byli zdrowi, my i nasi bliscy, i dzieci dokonywały dobrych wyborów. Tego życzę nie tylko sobie i swojej rodzinie, ale także każdemu z Was – niech to będzie dla Was rok DOBRY i SZCZĘŚLIWY!