środa, 24 lutego 2021

W oczekiwaniu na normalność

Uf. Pierwsza dawka szczepienia przeciwcovidowego za mną. Wieczorem śmiałam się z moich młodszych koleżanek, które pisały mi, że źle się czują, gdy nagle złapały mnie dreszcze. Zmierzyłam temperaturę i jakież było moje zdziwienie, gdy zobaczyłam 38,5. Momentalnie też doszły inne objawy typowe dla grypy: ogromny ból mięśni, łamanie w kościach i odczucie "wykręcania" stawów. Totalna niemoc. Bolały mnie nawet cebulki włosowe na głowie.
Nie panikowałam, spodziewałam się, że tak może być. Łyknęłam dwa paracetamole i zawlekłam się do łóżka. Noc była ciężka, poranek powitałam z temperaturą 38,5. Łyknęłam ponownie dwa paracetamole i padłam z powrotem pod koc. Przespałam trzy i pół godziny, obudziłam się i... jak ręką odjął. Po szczepieniu zostało tylko wrażenie zakwasów w ręce, w którą był aplikowany lek. Dobre 80 procent ludzi z mojej pracy szczepionych tego samego dnia co ja, miała identyczne objawy. Na szczęście wszyscy wrócili do równowagi.

Nie jestem panikarą, i jak najdalej mi od wszelakich teorii spiskowych. Wiem, że po każdym szczepieniu mogą wystąpić chwilowe skutki uboczne. Ważne jest, aby w dłuższej perspektywie szczepionka zrobiła to, do czego jest przeznaczona: zminimalizowała ryzyko zarażenia się chorobą i zatrzymała jej rozprzestrzenianie się. Była skuteczna. Nie analizuję i nie rozkładam na czynniki pierwsze, która szczepionka "lepsiejsza", wierzę w naukę. Bo chyba wszyscy pragniemy po tym zwariowanym, a dla niektórych tragicznym roku, wrócić do względnej NORMALNOŚCI. 

Ja chcę!!!
Pójść do kina, a nie tylko korzystać z dobrodziejstw Netflixa, do teatru obejrzeć zaległą "Aidę", pojechać na koncert i w tłumie ludzi tańczyć i cieszyć się muzyką. Obiecałam sobie, że gdy tylko będzie to możliwe, spełnię swoje marzenia i pojadę na koncert U2, jeśli tylko wrócą na trasę koncertową. Bo to jedyny zespół z obecnych "wielkich" , który chcę zobaczyć na żywo. Stonesów widziałam, i parę innych też. U2, gdy koncertowało w Polsce zawsze były dla mnie zaporowe ceny biletów. Teraz będę to miała gdzieś! Na pewno nie kasa będzie ograniczeniem.

Chcę wrócić do NORMALNEJ pracy. Mam już dość słów "ZDALNIE" i "ONLINE".

Chcę pójść do knajpy, na przykład na sushi, a nie zamawiać je na plastikowych tackach do domu. 
I najważniejsze - chcę pojechać daleko, nad ciepłe morze, gdzie będę leniwie leżała na ciepłym piasku, mrużyła oczy i patrzyła w błękitne niebo, kołysana błogim pomrukiem fal. Chcę! Chcę! Chcę!

I dlatego cieszę się, że już jestem zaszczepiona. Druga dawka w maju.

poniedziałek, 22 lutego 2021

Poszczepiennie

Od kiedy mamy co chwilę lokdauny i te całe dystanse społeczne, rzadko bywam w domu sama. A w miniony piątek taki dzień się trafił. Rodzina wyjechana to tu to tam, a ja w pracy zapowiedziałam, że nie przychodzę w piątek do firmy, bo mnie zbyt dużo ludzi zestresowało. Otóż miałam wyznaczony na poniedziałek termin pierwszego szczepienia przeciwcovidowego, szczepionką tą powszechnie odsądzaną od czci i wiary.

- Agnieszko, ja cię proszę, ty się zastanów, tyle ZŁEGO się o tej szczepionce słyszy - rzekł zatroskany o mój los taki jeden kulega.

- Wiesz, że podobno ona wpływa źle na płodność - rzekła taka jedna kuleżanka, która źródło tego info za nic nie potrafiła sobie przypomnieć, i nie przekonało jej, że ja akurat w tym temacie nie planuję już działać ;) W sensie prokreacji ;)

Szlag! Musiałam mieć czystą głowę od tych "zasłyszanych" teorii spiskowych, więc powiedziałam - nie będzie mnie w piątek! Nie!

Plany miałam wielkie: pośpię, poczytam, kawka, film zaległy, rozpoczęcie projektu w poznanej przeze mnie CANVie. Pięknie, co nie?

Otóż nie. Bo wstałam oczywiście o pięknym wschodzie słońca, rozlanym pomarańczową poświatą tuż nad bezkresem łąk, zasłanych skrzącym śniegiem. Do tak uroczego anturażu na zewnątrz, musiałam, no musiałam stworzyć komfortowe warunki wewnątrz, czyli ogarnąć chałupkę Z tego ogarniania zrobiło się duże szorowanie łazienek, kominka, zaległe pranie, no i prasowanie. Sterta, duża sterta prasowania.

Potem chwila przy Internecie (ze skrupulatnym omijaniem serwisów informacyjnych).   

A potem zaczęła zjeżdżać rodzina. Także ten. Tyle w temacie relaksu piątkowego. Weekend to już była pełna chata. Nie było czasu na myślenie o szczepionce.

Dziś rankiem śmignęłam rowerem do pobliskiego szpitala, gdzie spotkałam sporą grupę "naszych". Humory wszystkim dopisywały. I o dziwo, po obowiązkowym odczekaniu 15 minut po szczepieniu, trudno było się rozstawać. Tak bardzo, bardzo wszyscy spragnieni są normlanych spotkań face to face..., choćby zamaseczkowanego.

Obiecaliśmy sobie, że na koniec roku szkolnego robimy spotkanie przy ognichu, podczas którego spalimy rytualnie maseczki ;)

No a teraz sobie siedzę i czekam na skutki uboczne ;)




środa, 17 lutego 2021

Przyziemnie

Gdy tylko mam jakąś większą kasę – to znaczy ciut większą niż sto złociszów ;), nie że jakieś Bóg wie ile milion monet na koncie do przetupania, to zaraz mnie świerzbi i muszę wydać. Niestety, nie jestem typem skrupulatnego oszczędzacza. Dlatego też postanowiłam zainwestować w robot kuchenny, taki co to wszystko robi, wszystko ma, i żeby to nie był ten, co to wszyscy mają-zachwalają, czyli termo_wiadomo co. Zawsze mi się marzył robot planetarny (boszsz, jakie ja mam przyziemne marzenia). I teraz sobie oglądam, porównuję i szlag mnie trafia od mnogości tego wszystkiego.
Poza tym muszę znowu przepatrzeć blaty robocze w kuchni i wymyśleć, gdzie też to nowe cudo postawię. Gdyż ponieważ wiadomo, że najważniejsze miejsce w mojej kuchni to jest przeznaczone na mój ukochany ekspres do kawy, ale robocik nieziemski (no w końcu planetarny 😁) też musi równie godne zająć. 

Wracając zaś do remontów firmowych.
Otóż stoję i czekam.
Stoję z robotą, bo czekam, aż się za nią wezmą panowie fachowcy.
A rzecz się rozbija o... 7 i pół metra listwy przypodłogowej. Najpierw trzy dni trwało ustalanie, gdzie jest stara listwa. Potem, gdy okazałosie, że została zniszczona przy demontażu, trwało ustalanie, kto ma zamontować nową: czy firma budująca tuż obok nowy budynek szkoły, czy firma odpowiedzialna za rozbiórkę w starej, czy też może firma stawiająca nową ściankę działową? Też trzy dni. Potem było oczekiwanie na fachowca (dwa dni) i wreszcie listwę zamontowano.
Hura.
Po czym okazałosie, że zamontowano plastikową, a powinna być drewniana.
Potem zdemontowano plastikową.
Potem pan stolarz przyciął drewnianą i ją polakierował - no huragan pracowitości!
(Od mojego radosnego "Hura" minęło 3 dni.)  
A teraz listwa schnie. W stolarni. Ponoć. I jest szansa, że zostanie zamontowana w piątek.
Także ten... łatwo nie jest. Ale na szczęście nowe mury pną się energicznie :)
 


ps. A tak przy okazji - dziś mija 11 lat od naszej przeprowadzki z mieszkania w bloku do własnego domu.
Jejuśku... JEDENAŚCIE lat - ponad połowa życia naszego Jędrka :)

niedziela, 7 lutego 2021

Zima i inne takie tam

Z porządków i remontów w pracy to ja chyba nie wyjdę długo. Panowie fachowcy od rozbudowy szkoły zakończyli działania w mojej biblio. I gdy szkolny pan konserwator pozdzierał folie zabezpieczające regały i wszystko co z takim pietyzmem własnoręcznie oklejałam, okazało się, że guzik to dało. Wszechobecny wredny drobny pył wdarł się wszędzie. Chwilowo mam totalne zniechęcenie. Czeka mnie kolejne przestawianie WSZYSTKICH książek (około 15 tysięcy sztuk!) i wycieranie wszystkich regałów. Panie sprzątaczki urobione po uszy, więc nie mam sumienia zlecać im jeszcze tego. Wciąż nie mamy uczniów w szkole, więc mogę skupić się na robocie porządkowej. Tylko skąd wziąć do niej motywację? Praca zdalna totalnie wysysa ze mnie energię. Rozmawiam też z moimi koleżankami-nauczycielkami, wszystkie serdecznie mają dość (pseudo)nauczania zdalnego. Młodzież jest coraz bardziej zniechęcona. Rzetelnie uczy się niewielki odsetek, reszta tylko tę naukę pozoruje, oszukuje - niestety, taka jest prawda. Konsekwencje zdalnego nauczania, wyrwania ze środowiska szkolnego, będzie się długo ciągnęło w oświacie.
 
Końcówka stycznia ubrała się w bajkową zimę. Było jak z zimowych widokówek: biało, słonecznie, puszyście i mroźnie. Sumsiadka Marzenka wyciągnęła nas na kulig. A szlag by trafił sanitarne obostrzenia, dystans społeczny wychodzi bokiem! Więc pojechaliśmy na ten kulig i cudnie było. Drugi sumsiad, co to ma gospo agro i koniki pod siodło, swoje koniki oszczędza (i słusznie), więc sanie i sanki podczepił pod… traktor. Co absolutnie nie odebrało nam radości i zabawy z tej szalonej jazdy wśród naszych łąk nadwieprzańskich. Potem było ognicho, kiełbaski i hit nad hity: pieczone ziemniaki. Plus najważniejsze: smak NORMALNOŚCI!




Dużo teraz czytam (rozwijam swój BOOKowy zAGAjnik). Oglądamy też filmy, nadrabiając zaległości i poszukując nowości na NF. Z ostatnio widzianych polecam urocze, dwie angielskie produkcje: "Wykopaliska" i "Stowarzyszenie miłośników literatury i placka z kartoflanych obierek", a także niby amerykański film, ale całkowicie osadzony w kulturze indyjskiej "Biały tygrys" - myślę, że spodoba się szczególnie fanom "Slumdoga, milionera z ulicy" . Z tzw. zaległości ostatnio zauroczył mnie "Donnie Brasco".

niedziela, 17 stycznia 2021

Lodowe lampiony

Zima przyszła śnieżna, mroźna, taka jaka być powinna, a jakiej od kilku lat brak. Korzystamy więc z jej uroków, zagarniając z radością całe jej zimne jestestwo, z całym dobrodziejstwem inwentarza. Sanki podzieciowe (ech…) doczekały się reaktywacji i po raz pierwszy od lat ujrzały światło dzienne, a nie tylko piwniczne regały z przetworami w słoikach. Ja wreszcie oderwałam metkę od swoich narciarskich spodni, zakupionych dwa lata temu. Nie lubię marznąć. 

Choć śnieg suchy i niepoddający się lepieniu, sposobem ulepiony bałwan stoi pod oknem pokoju Jędrka (śnieg do wiadra, ubić, lekko spryskiwać kolejne warstwy wodą z atomizera)


A ja przypomniałam sobie o lodowych lampionach

Robiliście kiedyś? Duży mróz to doskonała okazja, aby wyczarować taką ulotną ozdobę tarasu albo balkonu, która połączy finalnie dwa żywioły: wodę i ogień. 

Do miski lub innego plastikowego naczynia z wodą wstawiamy mniejsze naczynie (może być np. jednorazowy kubeczek plastikowy, który trzeba później lekko obciążyć, tak aby woda, którą napełnimy główną miskę, nie wypchnęła go całkiem na wierzch). Do dużej miski wkładamy dowolne „ozdoby”: np. szyszki, gałązki iglaków, plastry cytrusów, koralki, i co tam wam do głowy wpadnie. Zalewamy miskę wodą i wystawiamy na noc na mróz. Rano (o ile mróz jest wyższy niż minus 10 stopni, jeśli mniejszy, lampion musi mrozić się dłużej, nawet do 48 godzin) wyciągamy gotową bryłkę lodu, w powstałym zagłębieniu umieszczamy świeczuszkę i mamy lodowo-ogniową magię :) 

Polecam, bo to naprawdę super zabawa, szczególnie dla dzieci, one lubią takie czary-mary. Zresztą… kto nie lubi… 

Lampiony lodowe swoim urokiem skrzą wieczorem. W dzień jeszcze tego nie widać...





Ale nocą:







wtorek, 12 stycznia 2021

Polecajki filmowe

Moje ferie i zimowy, krótki urlop Marka spędzamy sobie nieśpiesznie w domu. Nieśpiesznie – czy mi się wydaje, czy nadużywam tego słowa? Trudno. Podoba mi się jego brzmienie i podoba mi się to, co za nim się kryje. Powolne smakowanie każdej chwili. Szukam równowagi w powtarzalności każdego dnia i na razie taki czas mi pasuje. 

Rankiem, po śniadaniu i pierwszej kawie zaliczamy długi spacer z psem. Wybieramy znane nam nadwieprzańskie trasy. Obserwujemy dzikie kaczki i rodzinkę łabędzi. Czasami na horyzoncie śmignie lis albo zabłąkany jelonek. 

Później rzucamy się (aczkolwiek powolnie ;)) w wir przydomowych obowiązków, a po obiedzie oddajemy swoim pasjom. Wieczorem Marko rozpala kominek i planujemy seanse filmowe. Z ostatnio obejrzanych polecam: 

„Na noże” – przezabawny kryminał w starym stylu (miejscami klimaty jak z Agathy Christie) z Danielem Craigiem w roli dociekliwego detektywa na tropie morderstwa nestora zwariowanej rodzinki, siedzącej w bogatej kieszeni starszego pana. 

„Elegię dla bidoków” z naprawdę wspaniałą drugoplanową rolą Glenn Close i grającą niestabilną emocjonalnie matkę głównego bohatera, Amy Adams. Ten film dodatkowo zaskoczył mnie tym, że oparty jest na faktach… 

I jeszcze poleciłabym bardzo pozytywny, stary film z młodziutkim Jakem Gyllenhaalem „Dosięgnąć kosmosu” (w oryginale tytuł brzmi "October Scy"), też oparty na prawdziwym życiorysie. 

A nie polecam „Diabła wcielonego” z drugoplanową rolą Roberta Pattinsona, który sam w sobie jest dobrym filmem, ale ma w sobie takie skondensowanie złej energii, że ze dwa dni mnie trzymało czarnowidztwo. 

A poza tym to oczywiście głównie czytam, a międzyczasie krew mnie zalewa, że panowie „ministry” przedłużyli zdalne dla starszych uczniów i w ogóle… ech, szkoda słów.
I na śnieg czekamy. Może chociaż skoczymy na sanki, na nadrzeczny wał. Chyba z takiego "stoku" wolno pozjeżdżać?




czwartek, 7 stycznia 2021

2021 - witaj i nie zawiedź :)

No i hop nowy rok. Postanowienia? – a chrzanić to! Oczekiwania są, wiadomo. Plany też. Marzenia? – bez tego straciłoby sens istnienie. W końcu początek kolejnego roku siłą rzeczy ma w sobie pierwiastek czegoś nowego. A nowe zawsze niesie ze sobą nadzieję. Niech więc to nowe przyniesie coś dobrego, pomyślnego. Przerwie pasmo niefajnego zawieszenia, w którym zakleszczył się Świat. 

W sylwestra obejrzeliśmy dwa filmy i feerie fajerwerków nad naszym małym miasteczkiem. Ludziska powariowali, a wraz z nimi Bogu ducha winne zwierzaki. W tym oczywiście nasza biedna psina. My puściliśmy bańki mydlane. Super szybowały w chłodnej nocy. Mieniły się kolorowo odbijając barwne światełka rozwieszone wkoło naszego domu. Tak więc 2021 przywitany, teraz niech się dobrze sprawuje, bo jego poprzednik to dał ciała na całej linii. 

W nowym roku postanowiłam blogowo spróbować czegoś nowego i rozpoczęłam pisać blog… książkowy. Wiem, wiem, zatrzęsienie ich w sieci. Ale nie mam ambicji przebijać się przez niektóre opiniotwórcze strony. Ot taki tam notes na moje wrażenia i przemyślenia po przeczytanych książkach. 

Oczywiście miło mieć czytelników, więc jeśli lubicie – zapraszam :) do mojego BOOKowego zAGAjnika. Nazwę wymyślił Marko i jestem nią absolutnie zachwycona. Na razie wstawiam więcej niż czytam na bieżąco, a to dlatego, że szukam swojego stylu i kształtu tego miejsca. 

Dobrego roku moi drodzy!