sobota, 27 października 2018

Wróciło

Wróciło moje utrapienie, moja choroba, która towarzyszy mi już tyle lat, z którą walczyć tak trudno, nierówno tak…
Pewnie za kilka lub kilkanaście tygodni – dzięki ponownemu „wejściu” w program lekowy – pożegnam się z nią na kolejny rok, ale nawrót bywa tak wyczerpujący. Jak każdej choroby.
Musiałam odłożyć do pudełeczka moją ukochaną "pandorkę" - bransoletkę z koralikami nieprzypadkowymi, pieczołowicie kompletowanymi z okazji i bez. Jako symbole ważne i zrozumiałe tylko dla mnie. Ktoś inny to się nawet może z tego śmiać, wzruszać z obojętnością ramionami. Moje dłonie (nie)zdobi teraz choroba, więc nie chcę przyciągać wzroku innych widokiem moich koralików.
…więc chowam się, jak zawsze to dobry sposób. Wtopić się w tło, tłum. Nie epatować kolorem, nie epatować zmianą garderoby, biżuterią, bo to wszystko przyciąga wzrok. Pełen pytań, czasami obrzydzenia, które najczęściej wynikają z niewiedzy, a nie muszę przecież każdemu tłumaczyć. Może powinnam, bo przecież i tak często to robię, ale jakoś łatwiej idzie mi „edukować” znajomych i nie tylko, kiedy łuszczycę mam wyłącznie jako chorobę widniejącą w mojej karcie pacjenta, a nie na mojej skórze. Wtedy jest łatwej. Choroba stygmatyzuje, choroba izoluje. Chorowanie jest trudne i bolesne. W dodatku w chwilach refleksji przychodzi zwyczajny ludzki wstyd, że robię wielkie halo ze „zwykłej” choroby skóry, gdy inni cierpią bez nadziei na cierpienia kres.

Ajć, a obiecałam sobie, że jak już siądę do pisania na blogu, to nie będę jęczeć, marudzić, szat drzeć. Marudzenie odłożę na listopad, który wspaniały Julian Tuwim nazywał „najdotkliwszym wrzodem na dwunastnicy roku”, więc listopadowi jakby można nawsadzać, nawtykać i wszystko na niego zgonić! Niech ma! Szaroburec głupi jeden, bezlistny, krótkodniowiec zaciemniony!

sobota, 13 października 2018

Wrzesień


Częściowo ta notka powstała we wrześniu, troszkę ją dziś rankiem zaktualizowałam, ale tytuł niech będzie już taki. Wrześniowy :)

Kiedy wypadnie się z jakiegoś rytmu, powrót na utarte tory jest jakiś taki koślawy, niemrawy, trudny po prostu. Pewnie dlatego ta notka taka będzie - koślawa i bez planu. Ot strumień myśli i skojarzeń. Zlepek faktów, które spłyną spod mych palców wprost na czarne klawisze klawiatury.

Piękne lato przeobraziło się w piękną jesień.
Za moim wielkim oknem tarasowym żółci się wiąz, a tuż pod nim czerwoną kopułą pyszni sumak. Wszystko w słońcu.
Praca pochłania mi większą część dni powszednich, a w weekendy cieszę się z przyjazdów synów dwóch studentów ze stolicy. Michał na finiszu, a Jędrek na starcie. Mieszkają razem we własnym mieszkaniu i daje mi to niezwykle fajne uczucie spokoju, że synki dwa nie muszą pałętać się po stancjach, tylko mają swoje małe, fajne studenckie mieszkanie. Tuż przed rozpoczęciem roku akademickiego doposażyliśmy je w popularnym, ulubionym sklepie na literę "I", do którego jak wiadomo idzie się po np, biurko, a wychodzi z całym wózkiem kubeczków, pudełeczek, pojemniczków, świeczuszek, poduszeczek, wieszaczków i innych przydasiów, bez których "ach ja wcale żyć nie mogę, no nie!"

Czasami uciekamy sobie z Marko do lasu na grzyby, z którego przywożę pełno drobnych pająków wplątanych w moje włosy. Grzyby też są.
Dorodne kozaki znajdujemy w zagajnikach nadwieprzańskich, gdy serwujemy sobie z Marko porcyjkę biegania. Tak dla zdrowotności, poprawy formy. I aby móc bezkarnie żreć lody (tzn Marko, bo ja lodów nie żrę). Z bieganiem to jest dziwna sprawa. Tak naprawdę nie lubię biegania. Wnerwia mnie ta trudność zaczerpnięcia głębokiego oddechu, ale... No właśnie, za którymś razem zauważyłam, że to oddychanie w czasie biegu wcale trudne nie jest, ba! po jakimś czasie doszło do mnie, że bieganie nie przeszkadza w gadaniu! Więc teraz, gdy z Marko truchtamy, to słychać nie tylko nasze sapanie, ale i rozmowę. Salę treningową z bólem serca (deficyt czasu, naprawdę, żadna wymówka) zamieniłam na biegi w terenie. Bieganie jest jakby bardziej mobilne i bardziej dostępne czasowo i organizacyjnie. Szczególnie, gdy mieszka się w cudnej okolicy, wprost stworzonej do truchtania w terenie. Otwieramy bramkę wychodzącą na pastwisko i hej w łąki, hej na wał nad rzekę! Marko, który biega częściej i dłużej, mówi, że z czasem naprawdę łapie się rytm i gdy człowiek poczuje moc kondycji, bieganie zaczyna wciągać i nawet (o zgrozo!) zaczyna się je lubić.

Dostałam od Marko nowy rower. Taki co ma biegi, a nie siermiężne przerzutki, taki co ma oświetlenie na czujnik, a nie na baterie, czy ciężkie dynamo, taki co ma siodełko niczym fotel w samochodzie klasy S. Taki wszystkomający rower to jest fajna sprawa, ale i kłopotu z nim co niemiara. No bo trzeba pilnować, aby go zapiąć (starego nie zapinałam, bo i tak nikt by go nie tknął). Nowy rower dostał cudny koszyczek, fikuśny dzwoneczek i tak tą moją meridą waleczną pomykam, gdzie tylko się da.

Tak więc czas kończyć tę notkę pisaną przez cały wrzesień i początek października, odpalić meridkę i pognać na warzywny targ, bo studenty zjeżdżają i trzeba coś fajnego upichcić. Coś smakowitego. Coś, co smakuje i pachnie domem...


wtorek, 21 sierpnia 2018

Domowe różności

Poranki na tarasie z kawą wciąż stanowią zachwycający element letniego dnia. W kuchni zaparzają się pomidory. Zdejmuję z nich skórkę, powoli gotuję… i pachnie pięknie pomidorami. I bazylią, taką świeżą, z mojego własnego zielnika. Zaczyna się czas pomidorowych przetworów, a ja to lubię. Szczególnie, że od października to już dwóch Synów będzie na wyżywieniu pozadomowym, to się przydadzą takie gotowe słoiczki. Bo Jędrek, podobnie jak Michał, obrał azymut warszawski, gdzie będzie przez najbliższe 5 lat rozgryzał tajniki informatyki, by w przyszłości zostać rekinem branży IT.

Gorące lato trwa. Ale troszkę wilgoci jest, więc wciąż soczyście zielono i kolorowo od kwiatów. Pięknie cynie kwitną, uwielbiam je za wielobarwność.

I Mama przyjechała ponownie na letnisko. Ponieważ nie widziała mnie miesiąc, zakrzyknęła w progu:
- Dzieecccko! a czegoś ty taka wychudzona, matko boska jak ty wyglądasz! – no tak, a jak miałam nadwagę to słyszałam „powinnaś schudnąć Agusia”. Inna sprawa, że ja i wychudzenie to daleko idąca nadinterpretacja tego, że faktycznie w minionych tygodniach zgubiłam tu i ówdzie. O dziwo, chyba przyzwyczaiłam się do maminego jęczenia, a może i Mama jęczy mniej? Poza tym od jakiegoś czasu podgryzają mnie wyrzuty sumienia, że Ona jednak w tym mieście dużym sama mieszka, a lata przecież lecą... I nie jest tak fajnie samemu być… Więc cieszę się obecnością Mamy, cieszę się, gdy siedzi sobie na ławeczce-bujaweczce i dłubie na szydełku te swoje wzroki, albo rozwiązuje krzyżówki na tarasie. I dzielnie walczy, aby rzucić palenie, w czym mocno jej kibicujemy.

I pierogi Mama pochwaliła moje tym razem! A zrobiłam po raz pierwszy z mięsem drobiowym. Wyszły faktycznie przepyszne, bo dieta, dietą, ale przecież pieroga mus było spróbować!


poniedziałek, 13 sierpnia 2018

Jestem...

Lato gorące. Dojrzałe już. Z chłodnymi nocami i rześkimi porankami. Reanimujemy zeschniętą część trawnika. Z na wpół dojrzałych jabłek, które trzeba było zerwać z uginających się pod ich ciężarem gałęzi, ususzyłam w piekarniku pyszne jabłkowe chipsy. Chrupią i pachną cynamonem.

Zbieram siły. Niczym akumulator zachłannie gromadzę energię, chronię ją, by nie uronić ani cennego grama. Bo tego teraz potrzebuję. Mocy, siły, pewności, wiary. Żadnego rozkojarzenia, żadnego rozdrabniania. Realizuję to co najważniejsze i klapki na oczy na całą resztę.

Schudłam. Jestem silniejsza. Skoncentrowana. Pewna. Maksymalnie skupiona.

Jestem!


poniedziałek, 9 lipca 2018

Wakacyjne nic

Czas biegnie nam w letnim rytmie. Mnie ominęła potrzeba odsypiania pobudek skoro świt, chyba się do nich przyzwyczaiłam, bo wstaję dość wcześnie, choć przecież urlop. Rodzina jeszcze śpi. Koteczka jeszcze nie śpi i towarzyszy mi w moich porannych wędrówkach w warzywniku i wokół kwiatowych rabatek, przeschniętych od upału kwiatów doniczkowych. Wypijam kawę, zjadam lekkie śniadanie, pochłaniam książki. Wieczorami udajemy się z Marko na „sportowanie” - on biega, ja usiłuję go dogonić z moimi nordickowymi kijami. Ja chcę w te wakacje zgubić jeszcze troszkę kilogramów (idzie dobrze!!!), a Marko chce bezkarnie objadać się lodami. Później lądujemy w basenie, w którym tak smakuje mrożona kawa, albo zmrożone, białe wytrawne winko. Kocham ten letni, wakacyjny spokój. Wieczorem grają świerszcze, a rankiem w olchach świergoli kos. Po zachodzie słońca, w gasnącym świetle mijającego dnia leżę na hamaku i czytam książkę.
Lato trwaj…
Dziś na obiad zrobiłam risotto z indykiem i warzywami z mojego warzywnika (fasolka szparagowa, groszek, cebulka, czosnek, cukinia, pomidory), pychota. A wścibski słonecznik, co to wyrósł pod kuchennym oknem zerka i zerka ciekawskim okiem.


sobota, 7 lipca 2018

Trochę na smutno - sorry

W jeden z ostatnich ciepłych dni czerwca rozstawiliśmy basen w ogrodzie. Przy okazji testowaliśmy nowe maty solarne do ogrzewania wody (zdają egzamin), ale niestety zaraz potem przyszły zimne dni i takież noce, i jedyny basen z jakiego przyszło nam korzystać, to był kryty. W mieście tuż nieopodal. Dla mnie to wciąż nie lada przeżycie – jako osoba chorująca dość ciężko na łuszczycę, rzadko przez wiele lat mojego życia, mogłam cieszyć się takim przybytkiem. Więc wprawia mnie w zachwyt to, że mogę swobodnie pływać w te i we wte i moczyć tyłek w jacuzzi. Cudowne uczucie, nikt, kto cieszy się zawsze zdrową skórą nie zrozumie emocji, które wówczas mi towarzyszą. Korzystam z tego namiętnie, bo w sierpniu zakończy się moje leczenie biologiczne i podejrzewam, że choroba wróci. Ale cudny jest czas bez niej i dodaje mi sił.

A poza tym to wakacje. Które mijają pod znakiem mistrzostw świata w piłce nożnej (porażka Polaków zabolała, oj bardzo) i pod znakiem pomaturalnych wyborów Jędrka. I mniejszych lub większych problemów, które wierzę, że się rozwiążą i zaowocują tylko umocnieniem tego, co powinno być silne i nienaruszalne. Wyniki matury Jędrka satysfakcjonujące i to nawet bardzo, zdecydowanie powyżej średniej krajowej, a czy to wystarczy na wymarzony kierunek Jędrka? Okaże się w drugiej połowie lipca.

Czytam książki tylko z pozytywnym przesłaniem. Swoje myśli i energię lokuję tylko w tym, co najważniejsze. Taki to dla mnie teraz czas – skupić się na tym, co jest dla mnie i mojej Rodziny NAJWAŻNIEJSZE. Nic więcej.

A dziś wróciłam od Mamy. Krótki czas mogłam jej oddać, ale taki ważny… Ważnej i bolesnej, rodzinnej rocznicy. O dziwo, to ja się złamałam.

- Nie płacz Agusia, ja już dawno wszystkie łzy wypłakałam, nie płacz - nie pamiętam, kiedy to Mama mnie, a nie ja ją pocieszałam, nie pamiętam...

Warto cenić każdą dobrą chwilę życia.
To nie frazes, choć tak brzmi.

czwartek, 21 czerwca 2018

Zmęczona

Upalny, najdłuższy dzień w roku. Wieczorem w powietrzu zawisła burza i tak wisi, nie dając wytchnienia, ani deszczu. Coś tam chwilkę musiało kropnąć, bo na niebie zawisła niemrawa tęcza.

Trawnik suchy...

Jestem bardzo, bardzo zmęczona. Z upragnieniem czekam na jutrzejszy start wakacji. Choć pierwszy tydzień, albo i dwa będę jeszcze pracowała, ale już bardziej na luzie. Skupię się wreszcie na tym, co mam zaległe, nic i nikt nie będzie mnie od tego odciągał. Jak nigdy czuję, że ciężko zapracowałam na te wakacje. Chcę odpocząć nie tylko od nawału obowiązków, ale też od nie zawsze fajnych sytuacji międzyludzkich... Różnych emocji, nie to, że złych, tylko po prostu takich ciężkich, napiętych, bardzo trudnych.

Przewertowałam „swoją” bibliotekę w poszukiwaniu książek, bo zamierzam wreszcie NAPRAWDĘ POCZYTAĆ. Jestem po prostu głodna czytania. Na mojej półeczce przy łóżku leżakują zarówno jakieś tam miłe czytadła, jak i wieczne zaległości (np. „Zły” Tyrmanda, czy „Komu bije dzwon” Hemingway’a). Więcej planów nie mam. Chcę spędzić najbliższe dwa miesiące w najzwyklejszym, nudnym spokoju.