wtorek, 21 sierpnia 2018

Domowe różności

Poranki na tarasie z kawą wciąż stanowią zachwycający element letniego dnia. W kuchni zaparzają się pomidory. Zdejmuję z nich skórkę, powoli gotuję… i pachnie pięknie pomidorami. I bazylią, taką świeżą, z mojego własnego zielnika. Zaczyna się czas pomidorowych przetworów, a ja to lubię. Szczególnie, że od października to już dwóch Synów będzie na wyżywieniu pozadomowym, to się przydadzą takie gotowe słoiczki. Bo Jędrek, podobnie jak Michał, obrał azymut warszawski, gdzie będzie przez najbliższe 5 lat rozgryzał tajniki informatyki, by w przyszłości zostać rekinem branży IT.

Gorące lato trwa. Ale troszkę wilgoci jest, więc wciąż soczyście zielono i kolorowo od kwiatów. Pięknie cynie kwitną, uwielbiam je za wielobarwność.

I Mama przyjechała ponownie na letnisko. Ponieważ nie widziała mnie miesiąc, zakrzyknęła w progu:
- Dzieecccko! a czegoś ty taka wychudzona, matko boska jak ty wyglądasz! – no tak, a jak miałam nadwagę to słyszałam „powinnaś schudnąć Agusia”. Inna sprawa, że ja i wychudzenie to daleko idąca nadinterpretacja tego, że faktycznie w minionych tygodniach zgubiłam tu i ówdzie. O dziwo, chyba przyzwyczaiłam się do maminego jęczenia, a może i Mama jęczy mniej? Poza tym od jakiegoś czasu podgryzają mnie wyrzuty sumienia, że Ona jednak w tym mieście dużym sama mieszka, a lata przecież lecą... I nie jest tak fajnie samemu być… Więc cieszę się obecnością Mamy, cieszę się, gdy siedzi sobie na ławeczce-bujaweczce i dłubie na szydełku te swoje wzroki, albo rozwiązuje krzyżówki na tarasie. I dzielnie walczy, aby rzucić palenie, w czym mocno jej kibicujemy.

I pierogi Mama pochwaliła moje tym razem! A zrobiłam po raz pierwszy z mięsem drobiowym. Wyszły faktycznie przepyszne, bo dieta, dietą, ale przecież pieroga mus było spróbować!


poniedziałek, 13 sierpnia 2018

Jestem...

Lato gorące. Dojrzałe już. Z chłodnymi nocami i rześkimi porankami. Reanimujemy zeschniętą część trawnika. Z na wpół dojrzałych jabłek, które trzeba było zerwać z uginających się pod ich ciężarem gałęzi, ususzyłam w piekarniku pyszne jabłkowe chipsy. Chrupią i pachną cynamonem.

Zbieram siły. Niczym akumulator zachłannie gromadzę energię, chronię ją, by nie uronić ani cennego grama. Bo tego teraz potrzebuję. Mocy, siły, pewności, wiary. Żadnego rozkojarzenia, żadnego rozdrabniania. Realizuję to co najważniejsze i klapki na oczy na całą resztę.

Schudłam. Jestem silniejsza. Skoncentrowana. Pewna. Maksymalnie skupiona.

Jestem!